Reklama

Anna Ilczuk. Zwariowana Jolasia

Czwartek, 14 kwietnia 2016 (09:35)

Jej bohaterka jest chytrą, bezwzględną materialistką, ale widzowie pokochali ją nie mniej niż serialowy mąż. – Moja postać to parodia. Prywatnie niewiele mam wspólnego z Jolasią – zastrzega aktorka.

W swoim zawodowym dorobku masz wiele teatralnych i filmowych ról. Nie irytuje Cię, że przez większość widzów jesteś utożsamiana z Jolasią Kiepską?

Czasami tak, choć zdaję sobie sprawę, że widownia teatralna zupełnie nie pokrywa się z telewizyjną. Od wielu lat gram w Teatrze Polskim we Wrocławiu i ludzie, którzy tam przychodzą, nie identyfikują aktora z serialową rolą. Nigdy nie przyszłoby im do głowy, że w życiu prywatnym jestem Jolasią Kiepską. Wydaje mi się, że ci, którzy utożsamiają mnie z tą postacią, rzadko chodzą do teatru.

Jolasia to postać bardzo przerysowana, komediowa. Łatwo jest grać tego typu rolę?

Wszystko zależy od dobrze napisanego scenariusza, kto jest reżyserem i z kim się gra na planie. Jeśli wszystko nieźle się zazębia, nie jest to specjalnie trudne zadanie. Poza tym moją bohaterkę wyróżniają oryginalne fryzury, które świetnie się wpisują w tę postać, a serialowi dodają kolorytu.

Za każdym razem myślę, że już nic nie można z jej włosami wymyślić, ale ciągle jestem w błędzie. Przez kilka lat mojej pracy w serialu nie powtórzyła się właściwie żadna jej fryzura. To zasługa naszej charakteryzatorki Marty Kałużnej.

„Kiepscy” realizowani są w Twoim rodzinnym mieście – Wrocławiu. Nigdy nie myślałaś o przeprowadzce do Warszawy?

Tak się szczęśliwie złożyło, że we Wrocławiu robię mnóstwo ciekawych rzeczy. Na brak zajęć nie narzekam i to jest główny powód, że tutaj mieszkam. Zdarza mi się oczywiście pracować w Warszawie i jeśli pojawiłaby się interesująca oferta, kto wie, może na jakiś czas opuściłabym Dolny Śląsk?

Na razie skupiam się na grze w Teatrze Polskim. Od trzech lat przygotowywaliśmy spektakl, który jest ewenementem na skalę światową – „Dziady” – przedstawienie pokazujące dzieło Adama Mickiewicza w całości. To ponad dwunastogodzinny spektakl, oczywiście z małymi przerwami.

Jesienią zobaczymy Cię również w serialu „Artyści” w TVP 2.

Tak, zagram w nim aktorkę jednego z warszawskich teatrów. Anna Malarska to wrażliwa, dość małomówna kobieta, lecz w domu potrafi dać upust swoim emocjom. Twórcy w jednym miejscu nagromadzili najróżniejsze zachowania i niekiedy skrajne sytuacje. Zarówno reżyserka Monika Strzępka, jak i scenarzysta Paweł Demirski pracowali w wielu teatrach i zebrali niezbędne doświadczenia.

„Artyści” wiarygodnie pokazują Twoje środowisko?

Atutem tej produkcji jest właśnie bardzo dobrze napisany scenariusz. Trochę uciekamy od konwencji serialowej, bawimy się specyficznym językiem. To odróżnia tę produkcję od innych.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że żyjesz w wiecznym nienasyceniu. Rozwiniesz tę myśl?

Aktorów często nazywa się marzycielami lub, dosadniej – wariatami. To właśnie marzycielstwo sprawia, że niejednokrotnie nie jestem zadowolona z tego, co zrobiłam, jak zagrałam. Zawsze uważam, że mogłabym pewne rzeczy zrobić lepiej.

Według Ciebie nie ma aktorów spełnionych?

W tym zawodzie stuprocentowe zadowolenie to koniec aktorstwa. Dlatego wolę, by postać, którą gram, miała wady, jakiś błąd, niepokojącą rysę. Aby nie była idealna.

Rozmawiał Artur Krasicki

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama