Reklama

Anna Starmach. Często mówię „pyszne!”

Czwartek, 14 kwietnia 2016 (09:35)

Urodzona optymistka, która pozytywnie patrzy na życie. Gotowanie pokochała we Francji, a dziś pisze książki kucharskie i spełnia się jako jurorka m.in. w „MasterChefie Juniorze”.

Lubi Pani show-biznes?

To jest część mojej pracy. Wiadomo, że jeśli występuję w programach telewizyjnych, które oglądają 3 miliony widzów, to coś za tym idzie, na przykład udzielanie wywiadów…

Czuje się Pani częścią tej machiny?

Jestem bardzo ostrożna, jeśli chodzi o show-biznes. Mój czas pochłania nagrywanie programów, bo oprócz „MasterChefa Juniora” i wersji dla dorosłych, mam swój kącik w „Dzień Dobry TVN” oraz w TVN Style.

W Warszawie bywam 1-2 dni w tygodniu, zależy, jak dyktują mi to obowiązki zawodowe, ale na co dzień żyję w Krakowie. Jest to moje ukochane miasto rodzinne, gdzie trochę wolniej płynie czas i gdzie nie ma takiego zjawiska jak paparazzi czy imprezy z czerwonym dywanem. Tam piszę książki, zbieram przepisy…

Pretekstem do naszej rozmowy jest program „MasterChef Junior”. Czy bardziej Wam zależy, żeby pokazać występujące w nim dzieciaki, czy jednak ich umiejętności kulinarne?

Myślę, że to się łączy, bo z jednej strony jest to show o gotowaniu, a z drugiej – o dzieciach, które gotują. Osobiście uważam, że jest to program misyjny. Jeśli dzieciaki zaczną gotować, to przestaną być zakochane w fast foodach, a wiadomo, że lubią takie niezdrowe jedzenie.

Czy ma Pani jakiś pomysł, oprócz tego programu, żeby przekonać najmłodsze pokolenia do poznawania różnych, nowych smaków?

„MasterChef Junior” udowadnia, że jeśli mają nudną dietę, jest to głównie wina nas, dorosłych. Jest nam wygodnie podawać im to, co lubią: kopytka, ziemniaczki, kluseczki, naleśniki… W programie pokazujemy dzieciom różne, wcześniej nieznane im składniki. Mogą wszystkiego dotknąć, spróbować.

Żeby je zachęcić do poznawania nowych smaków, na początku trzeba wykazać się cierpliwością. Nie bójmy się angażować ich do pomocy w kuchni, nawet jeśli potem będzie więcej sprzątania. Różne badania i warsztaty pokazują, jak dużą rolę odgrywa bezpośredni kontakt dziecka z produktami, a także wspólne zakupy. Można również na przykład pokazać im, co zrobić z pestki awokado – zasadźmy ją do ziemi i wspólnie z dzieckiem dbajmy, żeby wyrosła z niej roślina. To pobudza ciekawość i oswaja z kuchnią.

Widzę, że to bliski Pani temat…

Piszę teraz książkę kulinarną dla dzieci. Mam nadzieję, że przepisy, które się w niej znajdą, spodobają się najmłodszym.

Podobno dzieci chętniej jedzą potrawy, które same zrobiły…

Owszem, odwrotnie niż dorośli. Często jest tak, że jeśli coś ugotujemy, to nie chce się nam już potem jeść, a dzieci mają wręcz przeciwnie.

Wierzy Pani w przeznaczenie?

Jako studentka pojechałam do Francji, żeby podszkolić język i miałam zarabiać tam, sprzątając. Tymczasem zaczęłam gotować. Zastanawiałam się nad tym, czy gdybym wtedy rzeczywiście robiła to, co pierwotnie planowałam, moje życie potoczyłoby się inaczej. Myślę, że nie zostałabym zawodową sprzątaczką, bo tego nie lubię, ale nie wiem, czy zaczęłabym gotować.

Życie daje nam wiele możliwości, wystarczy je wykorzystać. Zawsze też patrzę pozytywnie na rzeczy, które się wydarzają, nawet te, które na pierwszy rzut oka wyglądają negatywnie. Przydaje się też szczęście, tak jak w każdej innej dziedzinie.

A co z pokonywaniem przeciwności losu? Gdy pojawia się stres, zajada Pani problemy czy chudnie?

Ja bym zajadała wszystko, bo bardzo lubię jeść. Ale ostatnio zmieniłam swoje nawyki żywieniowe, staram się jeść pięć razy dziennie. To, co mnie gubiło wcześniej, to była jedna kolacja o godzi- nie 21, ugotowana „na wypasie”. Teraz jem częściej, ale za to mniejsze porcje. Schudłam prawie 9 kilogramów, czyli w moim przypadku to działa.

Jakie jest Pani ulubione słowo?

To proste! (śmiech) „Pyszne”. Tak nazwałam swój pierwszy program telewizyjny oraz książki. Bardzo często używam go na co dzień.

Rozmawiała Marzena Juraczko

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama