Reklama

Artur Chamski w "Twoja twarz brzmi znajomo". Trzeba sobie odpuścić

Poniedziałek, 22 września 2014 (14:36)

Mało kto wie, że to właśnie jego kreacji zawdzięczamy dziś dobrą zabawę przed telewizorami. – Nakręciliśmy pilota na długi czas przed startem programu „Twoja twarz brzmi znajomo”. Nikt nie był pewien sukcesu. W końcu brak występów na żywo, nikt nie odpada – zupełnie inaczej niż do tej pory.

Jednak pół roku później produkcja dostała zielone światło, a ja byłem pierwszy na liście uczestników. Potem usłyszałem, że to właśnie mój pilotowy występ jako Heleny Vondráčkovej był tym, który przekonał panią Terentiew – zdradza nam Artur Chamski.

Aktor nie ukrywa także, że dla niego samego było to ogromne wyzwanie. – Przekraczałem swoje własne granice. Wiem też, że dziś niektóre występy zrobiłbym inaczej – lepiej! Czuję mały niedosyt. Ale chyba nie było tak źle, skoro nawet fani Justina Biebera proszą mnie o autograf na jego plakatach – żartuje artysta.

– Udział w programie był niesamowitą przygodą, która nauczyła mnie jeszcze większej swobody i otwartości na scenie. Zapełnił się też mój koncertowy grafik. Nie ma co także ukrywać, że to zastrzyk gotówki. A ta szybko przeobraziła się w „spełniony sen”.

– Nie jestem typem człowieka, który odkłada pieniądze i cieszy się, kiedy procentują na koncie. Uwielbiam zamieniać je na rzeczy – urzeczywistnione marzenia. Tym razem był to dom w rodzinnej Bystrzycy Kłodzkiej. Niestety, los bywa złośliwy. Kilka tygodni temu, jadąc do rodziców z meblami, Artur uległ wypadkowi drogowemu.

– Na szczęście nic poważnego mi się nie stało. Ale był to moment, kiedy przekonałem się o rażącej sile plotki i o tym, że każdy człowiek z telefonem może być twoim wrogiem. Zanim zdążyłem wrócić do domu, mnóstwo nieprawdziwych informacji było już w eterze. Poczułem się jak zwierzę w klatce na widoku. Artysta nie kryje, że miał wiele szczęścia.

– Uświadomiłem sobie, że jesteśmy śmiertelni i zniszczalni. Doceniłem szczęście, które przez tyle lat miałem jako kierowca. Okres rekonwalescencji okazał się przymusowym, ale jakże potrzebnym urlopem. – Na początku roku założyłem: nie ma czasu na wakacje. Dziś już wiem, że powinno się starać zachować równowagę i dać sobie czas na naładowanie baterii. Pojechałem na kilka dni tam, gdzie ludzie stają się bogami. I wróciłem jeszcze bardziej boski – śmieje się.

A sił nigdy za mało. Artur swój czas dzieli na występy w teatrze Buffo, koncerty i pracę w studiu, gdzie w swoim tempie przygotowuje długo wyczekiwaną płytę. – Autorski materiał mam od jakiegoś czasu. Gram go na koncertach. Za moment będziemy kręcić teledysk do jednej z piosenek. Ale przestałem mieć ciśnienie na wydanie płyty. Zrozumiałem, że muszę odpuścić, żeby iść dalej, rozwijać się. Na wszystko przyjdzie pora. A gdzie miejsce na aktorstwo?

– Nie ukrywam, że ostatnio poświęciłem się muzyce. Myślę jednak, że nadszedł czas, żeby przypomnieć się fanom jako aktor. Cały czas dostaję od nich sygnały, że czekają na moje kolejne wcielenia. Kto wie, może już wkrótce – kończy, tajemniczo się uśmiechając.

GOD

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama