Reklama

Bogdan Kalus: Wszystko ma swój czas

Środa, 22 sierpnia 2012 (14:29)

W przebraniu sierżanta zatrzymywał rozpędzone samochody. Jako strażnik więzienny dostarczał grypsy przestępcom. Zdarzyło mu się nawet chodzić w sukni ślubnej. – Gdyby nie aktorstwo, nigdy nie przeżyłbym takich sytuacji – mówi.

Zdjęcie

Bogdan Kalus /  /MWMedia
Bogdan Kalus
/ /MWMedia

Zawsze chciał Pan być aktorem?
- Na pewno chciałem robić coś innego niż większość rówieśników, miałem dużo pomysłów na życie. W szkole muzycznej założyłem zespół rockowy, grałem w nim na perkusji. Byłem spikerem na stadionie swojego ukochanego Ruchu Chorzów, a z przyjaciółmi założyłem w Katowicach prywatny teatr Kortez. Pod koniec lat osiemdziesiątych występowałem również z Kabaretem Długi i Marcinem Dańcem. 

Zdjęcie

Bogdan Kalus został uhonorowany tablicą podczas Festiwalu Filmów Komediowych w Lubomierzu
/ /MWMedia

Wyjazd do stolicy był dla Pana zaskoczeniem?
- Nie sądziłem, że zamieszkam na stałe w Warszawie, w której żyję już prawie dziesięć lat. Kiedy człowiek dobiega do pewnego wieku, staje się bardziej umiarkowany i ostrożny. Przez długi czas pracowałem na Śląsku w serialu "Święta wojna", ale dopiero propozycja zagrania w "Dziupli Cezara" sprawiła, że wynająłem mieszkanie w stolicy. Niemożliwością byłoby dojeżdżać codziennie z Chorzowa do Warszawy.

Często wraca Pan w rodzinne strony?
- Chciałbym częściej, niestety, brak czasu nie pozwala. Mam tam ulubiony pub, cichy i przytulny. Czuję się dobrze, mogąc pozostać anonimowym, zwykłym facetem. Kiedy będę kupował auto lub wyjeżdżał na zagraniczną wycieczkę, media z pewnością się o tym nie dowiedzą. Uprzedzając pytanie: mam wygodny i ekonomiczny samochód, gdyż ciągle jestem w trasie. Jeżdżę po całym kraju ze spektaklem "Smak Mamrota".

Przypuśćmy, że nie opuszcza Pan Śląska, a rolę Hadziuka dostaje ktoś inny...
- To prawda, praca w tym serialu ("Ranczo" - przyp. red.) sprawiła, że stałem się bardziej rozpoznawalny. Wielu widzów może się z Hadziukiem utożsamiać, to bardzo sympatyczna postać. Taki "swój chłop". Zresztą większość bohaterów, których przyszło mi grać, to pozytywni goście.

Nie chciałby Pan zagrać kogoś innego?
- Czasami marzy mi się, aby zostać czarnym charakterem, bo wesoły pijak, jakim byłem choćby w "Halo Hans!", w końcu może się przejeść. Ale raczej na pewno nie pojawię się w roli amanta, bo moja fizjonomia na to nie pozwala.

Nie żałuje Pan, że na głębsze wody wypłynął Pan dopiero w dojrzałym wieku?
- Nie. Uważam, że wszystko ma swój czas.

Znajduje Pan czas choćby na krótki odpoczynek?
- Bardzo rzadko. Czasami w wolnych chwilach ze swoim dobrym sąsiadem Grześkiem Wonsem gram w bilard w osiedlowym klubie. Stosujemy sprawdzoną metodę Winstona Churchilla, który najbardziej lubił ten rodzaj sportu, przy którym można było skosztować szklaneczki pierwszorzędnego alkoholu...

Rozmawiał Artur Krasicki

"Ranczo", sobota godz. 17:25, TVP 1.

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama