Reklama

Brodka: "Chciałabym być szefem kuchni"

Czwartek, 12 stycznia 2012 (13:54)

Brodka przestaje śpiewać?! Granda! Spokojnie, to tylko przymiarka. Po wielomiesięcznej trasie z płytą Granda Monika chciałaby złapać dystans. W lutym kończy 25 lat. Chce, by to, co robi, cieszyło ją bardziej.

Zdjęcie

    /AKPA
   
/AKPA

Koncert w warszawskiej Stodole. Brodka na scenie w krótkiej wąskiej sukience. Koczek, fluorescencyjne paznokcie, wokół szyi klekoczący kołnierz z plastikowych piór. Monika śpiewa ostro i czysto. Z przodu sceny piszczą dziewczyny z fanklubu, z tyłu podrygują dyskretnie czterdziestolatki. Zapowiadający mówi: „Kochają ją przedszkolaki i prezydent”. Brodka daje znak, spod sufitu leci deszcz złocistego konfetti. To już nie ta sama dziewczyna z finału "Idola".

Wyrosło z Ciebie zwierzę sceniczne...

- Tak to wygląda? OK. Bo ja nie jestem tego do końca świadoma. Myślę, że przez ostatni rok dużo się nauczyłam, wyrobiłam na scenie. Choć nie mam takiego daru jak Maryla Rodowicz, żeby rozruszać każdą widownię. Nie staram się za wszelką cenę przekonać do siebie.

Gdy na koncercie jest Twój trzystuosobowy fanklub, nie możesz tak po prostu podziękować i iść za kulisy na szampana.

- Staram się po występie wyjść do ludzi. Przez ostatni rok moja publiczność mocno się zmieniła. Mam fanów, którzy jeżdżą na wszystkie koncerty, są z nami. Zżyłam się z nimi. Na koncercie czuję ich energię. Dużo łatwiej nawiązać kontakt, kiedy wiem, że oni na mnie naprawdę czekali.

A dla kogo nagrywasz płyty? Dla tych nastolatek piszczących pod sceną czy dla czterdziestolatków, którzy trzymają się z tyłu?

- Kiedy pracowałam nad Grandą, w ogóle nie myślałam, dla kogo będą te piosenki. Ważne było to, czy tekst mi się podoba, czy opowiada jakąś historię, obojętne: z życia albo wymyśloną. Nie zakładałam, że muszę eksplodować emocjami, obnażyć się i oczyścić. To nie jest pamiętnik. Podchodzę do sprawy czysto technicznie – jest muzyka, muszę napisać słowa. Jednak chcę, żeby były szczere, dotyczyły mojego świata. Jako tekściarz jestem superświeża, ale i niecierpliwa, więc gdy mi nie idzie, rezygnuję, znajduję sobie coś przyjemniejszego do roboty.

Żadnego twórczego romantyzmu?

- Niestety. Zawsze mnie śmieszy, gdy słyszę, jak projektant mody opowiada: inspiracją mojej kolekcji były croissanty w kształcie księżyca. Moją uświadomioną inspiracją są chyba tylko filmy. Ostatnio siódmy raz obejrzałam Człowieka z księżyca, opowieść o tym, że warto czasem iść pod prąd.

Na przykład... nie wystartować w Tańcu z gwiazdami...

- No właśnie. Pomijając estetykę tego programu, nie lubię chwytać za ogon kilku srok naraz. Nie mam na to czasu. Nie zdecydowałam się też na jurorowanie w muzycznych show. Może jak będę przed emeryturą, usiądę sobie w komisji i zacznę oceniać innych. Teraz mam wszystko przed, a nie za sobą.

A może odmawiając, palisz za sobą mosty?

- Chyba nie. Dostałam ostatnio Mateusza, nagrodę radiowej Trójki. „Za rozwój osobowości i konsekwencję”. Często w życiu zawodowym toczę batalie z różnymi osobami. Mówią, że jestem trudna we współpracy, kapryśna, rozwydrzona. A ja walczę o to, na czym mi zależy. Tylko często jest to traktowane jako upierdliwość, gwiazdorstwo. Odmówiłam udziału w programie, do którego pchają się wszyscy? Jak to, przecież powinnam być wdzięczna! Czasem więc zastanawiam się: może rzeczywiście coś ze mną nie tak? Przecież wszyscy wolą pracować z „gwiazdami”, które są łatwe, uśmiechnięte i godzą się na wszystko.

Ty zgodziłaś się wystąpić w spocie zachęcającym do udziału w wyborach. Zaśpiewałabyś prezydentowi Happy birthday...?

- Wystąpiłam, bo z założenia był to spot wyborczy, nie stanęłam przecież po stronie konkretnej partii. Mam poczucie obowiązku, w dniu wyborów byłam w Berlinie, a jednak udało mi się zagłosować w polskiej ambasadzie. A prezydenta... lubię. Miałam okazję spotkać go kilka razy. Okazało się, że pochodzi z moich stron, jest fajnym facetem, jeśli mogę tak powiedzieć o prezydencie. Zaśpiewałabym dla niego, choć w politykę staram się nie angażować.

Wszystko pod kontrolą. A Twój głos? Bierzesz korepetycje u Elżbiety Zapendowskiej?

- Nie chodzę na żadne lekcje. Nie fascynują mnie perfekcyjni wokaliści, raczej ci charakterystyczni. I w ogóle chyba nie bardzo dbam o swój głos. Palenie papierosów też raczej mu nie służy, ale głos na razie nie zawodzi. Przygotowując Grandę, mocno z nim eksperymentowałam i na pewno rozwinęłam się wokalnie. Piosenki nareszcie współgrają z moim temperamentem, charakterem. Teraz mogę szaleć i krzyczeć.

Na scenie też już jesteś inną osobą niż Brodka – finalistka Idola. Gdzie Twoje grzeczne dżinsy i sweter?

- Podobają ci się moje kostiumy? Poświęcam im dużo czasu i energii. Im mocniejszy strój, tym bardziej mnie zmienia, wydaje mi się, że jestem kimś innym i mogę sobie na więcej pozwolić. U nas na pewno trudniej o superoryginalne kreacje niż np. w Stanach. Ale korzystając z pomocy kreatywnych przyjaciół, projektantów, staram się zawsze mieć na sobie coś wyjątkowego, niekoniecznie za milion dolarów.

To może lepiej wyjechać tam, gdzie łatwiej?

- Na razie nie mam takich planów. Wystarczy mi poczucie, że nie jestem zamknięta w czterech ścianach tego kraju. Zresztą nie wydaje mi się, żeby zrobienie kariery za granicą było dla polskiego artysty możliwe. No bo dlaczego nikomu się to nie udało? Jednak kolejną płytę chcę nagrać w dwóch językach. Nie po to, by podbić amerykańskie MTV. Chciałabym wystąpić na zagranicznych festiwalach – w Niemczech, we Francji, może w Japonii. To są jednak plany na przyszłość. Nie zamierzam się stresować myślą, że trzeba szybko wydać kolejną płytę. Nagram ją, kiedy przyjdzie pora.

Ale z czegoś żyć trzeba...

- Na szczęście ostatnio mam co do garnka włożyć. To był dobry rok, także finansowo.

Jak wydajesz honorarium? Masz 24 lata, za wcześnie, by odkładać na emeryturę...

- Lubię wiedzieć, że na wiele rzeczy mnie stać. Zapłacenie 200 złotych w dobrej restauracji jest dla mnie do zaakceptowania. Trudno by mi było zrezygnować z pewnego standardu życia. Ale nie jeżdżę ferrari, nie mieszkam w dwustumetrowym apartamencie. Mam dwupokojowe mieszkanie, niewielkie, kanapa wypełnia cały salon. Wiem, jaką emeryturę dostaje moja mama, i głupio mi wydać pięć tysięcy złotych na ubranie, które włożę raz, zrobią mi w nim zdjęcia i pójdzie na dno szafy. Wolę kupić więcej rzeczy za skromniejsze pieniądze, wtedy nie mam wyrzutów sumienia.

Ciuchy wybierasz sama czy oddałaś się w ręce stylisty?

- Bardzo pomaga mi Vasina, moja przyjaciółka. Ubrania na wyjście czasem wypożyczam u projektantów, ale nie mam uczulenia na rzeczy używane. Na pokazie kolekcji Tomka Ossolińskiego byłam w musztardowej sukience z second-handu. Stamtąd mam też dwie torebki Prady, a tę tutaj Louisa Vuittona kupiłam w Amsterdamie na pchlim targu za grosze. Oprócz bielizny w ciucholandzie mogę kupić wszystko.

Bieliznę masz koronkową czy taką raczej bawełnianą.....

- „Co nas kręci, co nas podnieca?” Zaraz będzie pytanie, czy jestem jeszcze dziewicą.

Nie, tak pytam, bo kiedy słyszę tekst: „Mów niegrzecznie i opuszkiem dotknij tu. Uszczyp, ugryź, pośliń, mus z twoich ust...” – mam wrażenie, że przestałaś być niewinną panną z Twardorzeczki...

- To nie tak, że teraz Brodka będzie wampem, demonem seksu. Nie wydaję się sobie szczególnie zmysłowa na scenie. A ten tekst... z założenia miał być takim erotykiem spożywczym. Perwersyjnym rzeczywiście. Melodia jest spokojna i delikatna. Przyszło mi do głowy, że fajnie byłoby ją zestawić z tekstem mocnym, erotycznym. Wyobrażałam sobie eteryczną dziewczynę słodkim głosem śpiewającą sprośne rzeczy. Ale to tylko zabieg dla sztuki. Ponieważ jestem kulinarną hedonistką, chciałam użyć słów, które same w sobie są apetyczne.

A gotujesz?

- Bardzo lubię. Jedzenie traktuję poważnie. To problem dla mojego zespołu, bo w trasie jemy w restauracjach, gdzie popadnie, a ja w nieskończoność przepytuję kelnerkę, jakie są składniki sosu. Kiedy tylko mogę, jedzenie celebruję. Przyjmuję gości, wydaję kolacje. I ubolewam, że mam małą kuchnię. Dlatego odkładam na większe mieszkanie, to teraz mój cel.

Nie dziecko, rodzina?

- Nie. Kiedyś sobie założyłam, że pierwsze dziecko urodzę w wieku 24–25 lat, bo chciałabym być młodą mamą, żeby mieć dobry kontakt ze swoimi dziećmi...

I zegar wybił – masz akurat 24 lata.

- To jeszcze nie ta pora. Moja przyjaciółka po narodzinach swojego dziecka powiedziała: „Nigdy tego nie planowałam, aż przyszedł moment, gdy poczułam, że niczego bardziej nie pragnę”. Macierzyństwo to odpowiedzialność. Ten czas przyjdzie i wtedy nie będę się zastanawiać, czy jestem wystarczająco mądra i doświadczona.

Bezdzietna, czyli wolna. Możesz skupić się na sobie, kaprysić.

- Ciekawa teoria. Moje życie to spontaniczność kontrolowana. Nie jest tak, że dzwonią znajomi: lecimy na Malediwy czy do Kambodży, i ja się pakuję w godzinę. Wszystko muszę planować z dużym wyprzedzeniem – mój świat to nie tylko ja, ale i moi muzycy. Czasem marzy mi się, że wyjeżdżam na rok...

Potrzebujesz odpoczynku?

- Miałam ostatnio dziwny etap. Czułam się zmęczona, nie tak fizycznie, bo wówczas wystarczy odespać jeden dzień po nocnym powrocie z trasy. Nic mnie nie cieszyło, byłam znudzona. Miałam dużo czasu i narzekałam, że nie mam co robić, ale nie chciało mi się wyjść z domu. Chyba skumulowało się napięcie z wielu miesięcy. Uznałam, że trzeba ten kryzys przeczekać, że samo przejdzie, bo rzeczom należy pozwolić się dziać.

Niektórzy takie problemy załatwiają na kozetce.

- Nie dzwonię do psychoterapeuty, choć czasami powinnam choćby po to, żeby nauczyć się radzić sobie ze stresem. Jestem bardziej zestresowana teraz niż parę lat temu, a powinno być odwrotnie, mam przecież więcej doświadczenia. W zasadzie jestem silna, rzadko zagłębiam się w siebie, nie mam czasu dokonywać rozdzierających analiz. Niekiedy jednak narasta we mnie coś nieuświadomionego. I wybucha. Płaczę, wpadam w histerię. Wtedy wszystko ze mnie schodzi. Szukam na to lepszej metody. No, ale dopóki mam kilka życzliwych osób, które zwracają uwagę, że coś się niedobrego w moim życiu dzieje, tabletki od psychiatry nie są mi potrzebne.

A wsparcie mężczyzny?

- Ale drążysz! Mam bardzo dużo wsparcia ze strony mężczyzny. Kropka.

Czego Ci życzyć, konsekwentna dziewczyno, na nowy rok?

- Spokoju. I odwagi.

A czego się boisz?

- Niemocy twórczej. Nachodzi mnie strach, że płyta Granda, która tyle zmieniła, była jednorazowym olśnieniem. Że raz Bóg dał i koniec, że każdy ma tylko jedną taką szansę w życiu. Czarna myśl: zabieram się do nowej płyty i mi nie idzie...

W tak młodym wieku poczucie impotencji?

- Dotąd osiągałam to, czego chciałam. Zawsze było coraz wyżej, coraz lepiej, moje życie nigdy nie było sinusoidą – raz góra, raz dołek. A teraz boję się tego dołu, boję się zatrzymać. Nie chcę wpaść w pułapkę po tej płycie. Myślę, czy nie zająć się czymś w ogóle innym, żeby zdystansować się od śpiewania.

Umiesz robić coś poza nim?

- To jest problem. Chciałabym mieć poczucie, że moje życie nie kończy się na śpiewaniu. Warto by było to sprawdzić. Nie żeby zmienić wszystko o 180 stopni, tylko by docenić to, co mam, co robię. Żeby czasami bardziej się z tego cieszyć, bo mam wrażenie, że pewne historie bawią bardziej moich bliskich niż mnie. Oni mówią: zobacz, ile się fajnych rzeczy dzieje! A dla mnie to stało się normą.

A więc w 2012 roku zmieniasz zawód i jesteś...

- Szefem kuchni! Marzy mi się taki bar, miejsce ze świetną atmosferą. Mogłabym siedzieć tam na okrągło, wymyślać nowe dania. Mogłabym też pracować przy stylizacji, projektować scenografie, reżyserować wideoklipy. Mogłabym się zająć fotografią. Dużo rzeczy mnie kręci. Dzięki Bogu.

Rozmawiała Agnieszka Litorowicz-Siegert

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Reklama