Reklama

Dekiert to wielka fanka żużla

Poniedziałek, 20 sierpnia 2012 (09:56)

Lubię żużel, bo zawsze będzie kojarzył mi się z dzieciństwem i spotkaniami z przyjaciółmi – przyznaje Sylwia Dekiert. Mimo że jako dziennikarka sportowa poznała tę dyscyplinę z zupełnie innej strony, to nie straciła do niej serca.

Zdjęcie

Olimpiada w Londynie to był dla niej bardzo pracowity czas. – Niebawem wybieram się na zasłużony urlop – zdradza dziennikarka. /Grzegorz Dymarski /Tele Tydzień
Olimpiada w Londynie to był dla niej bardzo pracowity czas. – Niebawem wybieram się na zasłużony urlop – zdradza dziennikarka.
/Grzegorz Dymarski /Tele Tydzień

Pojawia się Pani jeszcze "prywatnie" na meczach żużlowych?

- Jeśli odwiedzam rodziców w Zielonej Górze, a Falubaz jeździ akurat u siebie, to idę na stadion. Gdybym nie poszła, zostałabym sama w domu - zarówno mój tata, jak i mama to zapaleni kibice speedwaya. Nie przepuszczą żadnego meczu i to im zawdzięczam zaszczepienie miłością do tego sportu. Z drugiej strony w tym mieście inaczej się nie da.

Cytat

– W tym zawodzie zawsze trzeba być na bieżąco

To fascynacja żużlem sprawiła, że została Pani dziennikarką sportową?

- Marzenia o dziennikarstwie pojawiły się już w dzieciństwie. Pamiętam, jak płaciłam młodszemu bratu, aby siedział i grzecznie słuchał, jak przedstawiam mu "Dziennik Telewizyjny", czy naśladuję Krystynę Loskę. Jeden wafelek za jeden Dziennik. Trzy kostki czekolady za jedną Loskę. Działało. Siedział i słuchał, a ja czułam satysfakcję, że mam oddaną widownię!

Zdjęcie

W redaktorskiej karierze przeszła wszystkie szczeble od researchera do wydawcy.
/Grzegorz Dymarski /Tele Tydzień

Początki były łatwe, czy miała Pani pod górkę?

- Jako kilkuletnia dziewczynka opowiadałam, że jak dorosnę zostanę dziennikarką i zamieszkam w Warszawie. Ludzie z mojej podzielonogórskiej wioski mieli niezły ubaw. Podobnie było z kolegami w szkole. W końcu pojawił się ktoś, kto we mnie uwierzył. Za zgodą mojego wychowawcy, w wieku trzynastu lat zaczęłam pisać do szkolnej gazetki. Szybko zostałam redaktor naczelną, a po dwóch latach byłam już na praktykach w "Gazecie Lubuskiej".

To prawda, że o przygodzie z telewizją zadecydował przypadek?

- W 2001 roku zaproszono mnie do programu "Rower Błażeja" jako studentkę pisząca pracę o Adamie Małyszu. Przyjechałam w roli gościa i... zostałam. Zaczynałam jako researcher, teraz jestem wydawcą programów w Jedynce, Dwójce, TVP Sport i prowadzącą w TVP 1. Dobrze, że nie stało się tak, że w poniedziałek przyszłam z ulicy, a w niedzielę stanęłam przed kamerą. Doceniam to, co sama osiągnęłam.

Co jest najtrudniejsze w pracy dziennikarza sportowego?

- Przyzwyczajenie się do myśli, że w tym zawodzie nie ma urlopu. Nie można pozwolić sobie na bezrefleksyjne wakacje, bez choćby piętnastominutowej prasówki, czy jak kto woli - internetówki. Trzeba być na bieżąco, bo po dwóch tygodniach oderwania trudno nadrobić zaległości. Należy też mieć nieskończone pokłady cierpliwości. W redakcji panuje hierarchia i żeby czegoś się nauczyć, a następnie docenić pracę innych, musisz przejść wszystkie szczeble.

Olimpiada zakończona, wybiera się Pani na zasłużone wakacje?

- Tak, od lat jeżdżę z rodziną do Grecji - Hersonissos i okolice. Plaża, mrożona kawa i nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne. Choć gdyby jeszcze żużel był w Hersonissos...

Rozmawiał Artur Krasicki

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama