Reklama

Droga na szóste piętro

Niedziela, 19 sierpnia 2012 (10:39)

– Skrzetuski? Zapomniałem już, jaki był – mówi Michał Żebrowski, którego oczkiem w głowie jest teraz Teatr 6. piętro. – Widzowie powinni oglądać aktorów, zakochanych w swoich rolach – dodaje. Sam taki jest. Lubi wszystkie, bo każda czegoś go nauczyła.


Zdjęcie

Michał Żebrowski /  /AKPA
Michał Żebrowski
/ /AKPA

Wszystkie twarze Michała Żebrowskiego

liczba zdjęć: 33

Panie Michale, proszę wybaczyć mi to niefortunne określenie, ale jest Pana teraz ogromnie dużo. Obejrzałem na małym ekranie powtórkę "Roku 1612", premierę miał film kinowy "Nad życie", cały czas pracuje Pan w teatrze, jest też serial "Na dobre i na złe" i Pan w nim jako profesor Falkowicz. Co się stało?
- Po prostu przestałem jeździć do pracy za granicę. Jestem świeżo upieczonym tatą. Ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę, są dalekie, męczące podróże. Dzwonią do mnie na przykład z Rosji z propozycją wzięcia udziału w 185 dniach zdjęciowych. Interesujące, nie przeczę. Tyle że przyjechać mam... za dwa dni i zostać na pół roku! 

Zdjęcie

Michał Żebrowski znalazł się w gronie ośmiu osób z Polski, które biegły z ogniem olimpijskim w Londynie
/ /AKPA

Nie jedzie Pan?
- Zacząłem się przed takimi sytuacjami w sposób naturalny bronić. Wolę po pracy wracać do domu. Stąd więcej mojej aktywności zawodowej w Polsce.

Był jednak wyjazd do Londynu, i to z nie byle powodu...
- Naturalnie. Nie odmawia się wyprawy do stolicy świata na jubileuszowe, 30. igrzyska olimpijskie. Fajnie było znaleźć się w gronie ośmiorga Polaków, zaproszonych do Londynu na tydzień przed ich inauguracją razem z przedstawicielami wszystkich innych narodów, uczestniczących w igrzyskach. Pokazywano nam najpiękniejsze miejsca. Przebiegłem 300 metrów, trzymałem pochodnię. Byłem ogromnie podekscytowany.

Przemarsz ze wspaniałą, palącą się pochodnią na oczach całego świata, to czysta magia. Nie sposób nie pomyśleć o starożytnych greckich olimpiadach, duchem bardzo bliskich teatrowi.
- Było to wydarzenie o wymiarze symbolicznym, do którego podszedłem z pokorą, jak do służby, nie zaś sposobu zwracania na siebie uwagi. W świetle tylu lat tradycji olimpijskiej nasze ambicje schodzą na dalszy plan.

Całe Pana życie wydaje się magiczną służbą. Realizuje Pan swoje marzenie - od 2010 roku prowadzi Teatr 6. piętro w Warszawie. Jak to z nim było, jak wdrapywał się Pan na to swoje szóste piętro?
- Powstanie teatru było konsekwencją mojej wieloletniej współpracy z Eugeniuszem Korinem. Wspólnie produkowaliśmy i wystawialiśmy przedstawienia jeszcze w czasach, gdy nie mieliśmy własnej siedziby. Przed kasami ustawiały się długie kolejki. Założenie teatru wydawało się więc czymś oczywistym, a jednocześnie koniecznym - zrobiliśmy to, by móc uprawiać sztukę na własnych warunkach. Po 2,5 roku odnieśliśmy sukces. Bardzo ciekawy jest przekrój naszej widowni. Przychodzą do nas ludzie bardzo młodzi, dzieciaki wręcz, ale i seniorzy. Są studenci akademii artystycznych, siostry zakonne, biznesmeni i oczywiście teatromani. Życzylibyśmy sobie nadal mieć taką widownię i chcemy rozwijać to, co dla niej robimy. Mamy pomysły, będziemy je przedstawiać miastu - myślimy o tym, by zaproponować inną ścieżkę współpracy miasta z artystami.

Jakie to pomysły?
- Do tej pory pan, ja i czytający ten wywiad finansujemy żywot teatrów państwowych w wymiarze technicznym, administracyjnym i repertuarowym. Proponujemy, by wyłącznie stan techniczny części budynków teatrów państwowych utrzymywany był z kieszeni podatnika. Natomiast wszystko to, co działoby się tam w sferze artystycznej, byłoby wewnętrzną sprawą spółki, która przygotowywałaby repertuar wyłącznie z własnych funduszy. Miasto dotowałoby poszczególne spektakle, pomagając tym samym realizować teatrom misję. Pieniądze podatnika nie wpływałyby na dziesiątki etatów, nietrafionych artystycznie decyzji. Widzowie nie finansowaliby teatrów, których nie odwiedzają i do których nie chcą kupić biletu... 

Zdjęcie

Teatr 6. pietro to wspólne dzieło Michała Żebrowskiego i Eugeniusza Korina
/ /AKPA

Trzeba więc ich skusić, uwieść, by przyszli na spektakl?
- Widzowie powinni oglądać aktorów, którzy są zakochani w swoich rolach - taki jest warunek. Dzisiaj oferta rozrywki w internecie, kinie, telewizji jest tak bogata, że - aby widz kupił bilet za 80-150 zł na szóste piętro, wychodząc, musi powiedzieć: - Kurczę, opłacało się! Aby tak się działo, nad każdym elementem spektaklu musi czuwać reżyser z prawdziwego zdarzenia.

Wielu znakomitych aktorów bywa "kojarzonych z...". Pan ma swojego Skrzetuskiego. Stara się Pan przed nim uciec, czy raczej go w sobie wzmacniać?
- Ależ ja już zapomniałem, jaki był Skrzetuski i że to ja nim byłem. To dawne dzieje. Skrzetuski był jedyny w swoim rodzaju. Wtedy. To był ten czas, ten moment w moim życiu. I tyle. Dzisiaj czekają inne wyzwania. Pozostał sentyment do tamtej przygody.

No właśnie. Niedługo zobaczymy Pana w filmie "Tajemnica Westerplatte" oraz w "Sępie".
- "Westerplatte" (premiera we wrześniu - przyp. red.) to projekt, w który zaangażowałem się ze względu na pana Jacka Samojłowicza, producenta "Wojny polsko-ruskiej", oraz młodego reżysera Pawła Chochlewa. Zaoferowano mi rolę przewidzianą początkowo dla innego aktora, który z niej definitywnie zrezygnował. Zobaczyłem materiały, spodobały mi się, pomyślałem: czemu nie, zagram, zwłaszcza że proszą mnie o to osoby, które szanuję.

A "Sęp"?
- To niesamowita historia. Mój wspólnik, dyrektor artystyczny Teatru 6. piętro Eugeniusz Korin, wiele lat temu powiedział, że chciałby wyreżyserować film. Odniosłem się do tego pomysłu sceptycznie, a tu proszę - dostałem scenariusz wspaniałej historii sensacyjnej, kryminału z wielkimi pokładami porywającej miłości! Po latach starań Korin stanął za kamerą jako debiutant, z plejadą wspaniałych aktorów, świetnym scenariuszem, wspaniałym operatorem i... zrealizował swój wymarzony film. Mam przeczucie, że to będzie coś bardzo istotnego - coś, czego u nas jeszcze nie było. Bo i żaden jak dotąd film w Polsce nie stawiał tak śmiałych tez. Może z wyjątkiem Kieślowskiego. O czym mówię? Przekonajcie się Państwo sami.

Rozmawialiśmy sporo o teatrze, nie sposób więc nie zadać tego pytania. Chce Pan, by syn wyrósł na człowieka teatru, który ów teatr kocha, czy też na takiego, który na teatr "gwiżdże"?
- Chciałbym, żeby w przyszłości moje dzieci akceptowały świat i swoje w nim miejsce. Żeby po prostu żyły i pozwoliły żyć innym.

Rozmawiał Maciej Misiorny

Pełną wersję wywiadu - z którego dowiesz się, w czym tkwi tajemnica sukcesu Teatru 6. piętro, co niektórzy są w stanie zrobić, by w nim wystąpić, i jaką wizję mają jego twórcy - znajdziesz w 34. numerze "Tele Tygodnia".

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama