Reklama

George Calombaris: W kuchni nie trzeba wymyślać

Środa, 18 listopada 2015 (15:32)

W specjalnym odcinku show uczestników oceni australijski juror o greckim pochodzeniu. Nam zdradził m.in., co docenia w polskiej kuchni.

Zapanowała ogromna moda na gotowanie. Amatorzy są w tym dobrzy?

Na pewno popularność takich programów jak MasterChef na to wpłynęła. Ogromnie to cieszy, bo pokazuje, że i moja praca jako jurora ma sens.

Oczywiście nastąpił też wysyp „domowych specjalistów”, często obecnych w naszym programie, ale to w porządku. Mimo że czasami trudno im przemówić do rozsądku, to na pewno nie można odmówić im pasji.

A czym różni się MasterChef od innych programów kulinarnych?

Najpierw powiem, że np. nie widzę różnic między edycjami polską a australijską. Mówimy bowiem tym samym językiem – przypraw i smaków. Myślę, że to samo łączy nas z innymi kochającymi gotować, bez względu na programy.

Co ciekawe także, nigdy nie spotkałem Michela Morana, ale poprzez rozmawianie o kuchni i poczuciu, że mamy wspólną ideę dobrego gotowania, wydaje mi się, jakby był moim przyjacielem od lat. Niewiele rzeczy może to sprawić.

A co oznacza dobra kuchnia?

Niektórzy kucharze mogą wymieniać godzinami jej cechy. Powinna być lokalna, spójna, zawierać takie, a nie inne składniki itp. Ja natomiast uważam, że musi przede wszystkim sprawiać przyjemność i być prosta.

Żyjemy w świecie, który wszystko chce mieć najlepsze, najładniejsze, największe, a zapominamy, że prostota np. domowych pierogów sprawia, że tak nam smakują.

O! Jakie jeszcze polskie jedzenie Pan zna lub próbował?

Przyznam, że dopiero dziś ich tak naprawdę skosztowałem. Jadłem m.in. barszcz i właśnie pierogi ruskie. Naprawdę do nich dodajecie ziemniaki i ser? To fascynujące! Jedliśmy również ozorki w galarecie, rolmopsy – i jestem pod wrażeniem.

Mówię to właśnie uczestnikom polskiego MasterChefa – macie coś wyjątkowego w kuchni narodowej, czerpcie z tego, dodając własne smaki. Tradycja ma być jednak inspiracją, a nie powielaniem przepisu.

A co sądzi Pan o uczestnikach?

Dla mnie jest niesamowite, jakie mają wyjątkowe zdolności. W australijskiej edycji, która trwa kilka miesięcy, uczestnicy mogą dokształcać się w domach, w przerwach między nagraniami. Natomiast u was produkcja trwa kilka tygodni, a uczestnicy już na wstępie pokazują wysoki poziom, ale też ogromną miłość do jedzenia!

To widać po tym, jak mają przygotować danie bez przepisu – tylko na podstawie inspiracji naszymi propozycjami.

Czyli nie wystarczy się tylko pasjonować kuchnią, by być dobrym?

Oczywiście, że nie (śmiech). Bardzo lubię powtarzać inne przykazanie. Najlepszymi stają się ci, którzy mają rutynę w rękach. Nie chodzi mi tu o takie samo gotowanie, ale o to, że posługując się nożem, tysiące razy nabieramy wprawy godnej mistrza.

To jest jak „pamięć mięśniowa” u sportowców – stajemy się perfekcyjni. To właśnie daje doświadczenie, nie tylko pasja.

Wszyscy myślą także, że gotowanie jest codziennym „wymyślaniem koła”, tak nie jest. Ja nie proszę kucharzy w mojej restauracji ani moi klienci tego nie oczekują, żeby przyrządzać dania, tak jak nikt tego do tej pory nie robił.

Przeciwnie, mówię – zróbcie to wyśmienicie, jak zostaliście nauczeni. Choć z drugiej strony myślę, że bez pasji nie można zostać najlepszym!

Rozmawiał Wojciech Skrok

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama