Reklama

Gniewkowska: Tęskniłam za kamerą

Niedziela, 20 maja 2012 (08:58)

- Do szczęścia brakuje mi dziś tylko dużej roli w fabule. Najchętniej negatywnej, by pokazać demona, jaki we mnie tkwi! – śmieje się Katarzyna Gniewkowska. O swych sukcesach, pracy i życiu opowiada z ciepłem, poczuciem humoru i dystansem. Spotkanie z nią to wyjątkowe przeżycie.

Zdjęcie

Katarzyna Gniewkowska /    /AKPA
Katarzyna Gniewkowska
/ /AKPA

Zdjęcie

Widzowie pokochali doktor Marię Konarską
/ /AKPA


Trudno zliczyć Pani serialowe kreacje z kilku ubiegłych lat, tyle ich było!
- No właśnie, i owa mnogość tytułów każe mi się zastanowić, czy aby trochę nie przeholowałam z tym braniem na siebie obowiązków? Nie ukrywam, że czuję pewne zmęczenie i myślę, że przyszedł moment, by się wycofać nieco z serialowego życia, dać odpocząć sobie i widzom - od swojej twarzy. Bo może mają już mnie dość...

I kto to mówi? Uwielbiana przez wszystkich doktor Maria Konarska z "Czasu honoru"? Bo przecież Pani wie, że ludzie ją kochają?
- Wiem, wiem... Toteż te słowa nie dotyczyły akurat "Czasu honoru", bo to serial wybitny, wyjątkowy, podobnie, jak postać Marii jest wyjątkowa. I z satysfakcją będę ją grać tak długo, jak długo serial będzie trwał. Dziękuję Bogu za tę rolę i jestem wdzięczna Michałowi Kwiecińskiemu, że mnie do niej wybrał spośród wielu kandydatek. Nie chadzam zazwyczaj na castingi, ale w tym przypadku zrobiłam wyjątek i stanęłam do walki.

A to nie było tak, że Michał Kwieciński "poszedł za ciosem" sukcesu swego filmu "Jutro idziemy do kina" i jego obsadę przeniósł po prostu do serialowej produkcji związanej z wojną?
- Poniekąd tak, z pewnością wspólna praca na planie filmu zbliża ludzi, co potwierdzałoby się tym, że rzeczywiście w "Czasie honoru" gra wielu aktorów, którzy wystąpili wcześniej, w znakomitym zresztą, "Jutro idziemy do kina". W chwili montowania obsady "Czasu honoru" nic nie było przesądzone i losy Marii ważyły się do końca. 

Zdjęcie

- Najmilszy memu sercu "przyszywany synek" - mówi aktorka o Kubie Wesołowskim, z którym gra w "Czasie honoru"
/ /Agencja W. Impact

Nie sposób sobie wyobrazić, by mógł ją zagrać ktoś inny, niż Pani. Widząc tę postać odnosi się wrażenie, że Pani i Maria to jedno!
- Na pewno łączy nas pewien rodzaj spojrzenia na życie, poczucia wartości, odpowiedzialności, którą też mam w sobie... Niemniej nie śmiałabym się porównywać z doktor Marią, która jest postacią wręcz pomnikową, nieskazitelną, bohaterską. A przy tym zwyczajną - lekarką, żoną, matką. Na tym, m.in., polega sukces "Czasu honoru", że pokazuje w sposób właśnie zwyczajny, bez zbędnego patosu, na przykładzie przeciętnych ludzi i ich relacji, prawdę tamtych dni, uczy patriotyzmu. Nie jest to dokument, ale fascynująca opowieść, oparta na faktach, która w wielu domach gromadzi przed telewizorami całe, wielopokoleniowe nieraz rodziny. Najbardziej mnie cieszy, że oglądają ją młodzi ludzie, licealiści, dla których jest to doskonała lekcja historii. Dzięki nim zyskałam nawet fan klub - sympatyków doktor Marii! Zapraszają mnie na spotkania, korespondują ze mną. To wzruszające.

Doktor Maria stała się postacią kultową.
- Coś w tym jest. Zwłaszcza w środowiskach medycznych. Często dostaję propozycje prowadzenia zjazdów lekarzy, konferencji, należę do zacnego grona ludzi wspierających budowę Muzeum Medycyny w Warszawie... Mam wrażenie, że doktor Marię postrzega się jako symbol bohaterstwa polskich lekarzy okresu wojny. 

Zdjęcie

Katarzyna Gniewkowska sama nalegała, by charakteryzacja uprawdopodobniła graną przez nią postać
/ /MWMedia

W obecnie realizowanej, piątej części serialu akcja dzieje się już po wojnie. Jak potoczą się w niej losy Pani bohaterki?
- Zarówno dla niej, jak i dla wszystkich Polaków, był to szczególnie trudny czas, kiedy to miejsce walki z okupantem zajął bratobójczy bój. Zwolennicy nowej władzy nie przebierając w środkach, dążyli do likwidacji "elementu wrogiego klasowo", jakim niewątpliwie była przedwojenna inteligencja i wszyscy powiązani z polskim Podziemiem, czyli m.in. doktor Maria i jej najbliżsi, których nie ominą okrutne represje. Okoliczności te odbiją się na zdrowiu i psychice tej postaci, znacznie ją zmienią.

Z ogromną wiarygodnością prezentuje Pani jej metamorfozę - zewnętrzną i w sposobie bycia - w miarę upływu czasu i tragicznych zdarzeń tamtych dni. Co za aktorski kunszt!
- To w dużym stopniu zasługa Michała Rosy, jednego z kilku reżyserów pracujących przy tym serialu, z którym razem, nieprzerwanie, idziemy od pierwszej transzy i tworzymy tę postać. Takie wspólne działanie owocuje przemyślanym rytmem ewolucyjnym, którego efekty są potem widoczne na ekranie. Poza umiejętnościami aktorskimi ważną rolę odgrywa tu charakteryzacja i nasza nieoceniona Anetka Brzozowska. Za każdym razem, przez blisko dwie godziny, pracuje nad moją twarzą, postarzając ją i czyniąc bardziej umęczoną, udręczoną. Samej mi się trudno poznać!

Nie cierpi na tym Pani kobieca próżność?
- A skądże! To ja nalegałam, żeby ta zmiana wyglądu była znaczna! Jestem aktorką i uważam, że należy użyć wszelkich środków dla uprawdopodobnienia postaci. Powinnam się była jeszcze odchudzić o dobrych parę kilo, zwłaszcza jak grałam Marię po powrocie z obozu, ale okazało się to niemożliwe, z uwagi na mój ówczesny równoległy udział w innych produkcjach. 

Zdjęcie

Basia ze "Szpilek na Giewoncie" to rola lekka i przyjemna
/ /Agencja W. Impact

No tak, bo co by było, jakby okrąglutka Basia ze "Szpilek na Giewoncie" nagle schudła? Ale to już inny kaliber postaci, tak jak i inny kaliber serialu...
- Owszem, poza "Czasem honoru" i "Sprawiedliwymi", te moje pozostałe seriale utrzymane były w tonie lekkim i przyjemnym i dały mi poczucie odkrywania nowych obszarów, nieznanych mi z teatru, gdzie obcuję głównie z repertuarem dramatycznym.

Jako prymuska ukończyła Pani PWST w Krakowie, idąc tym samym w ślady taty, Jerzego Gniewkowskiego, również aktora. Był z Pani dumny?
- Oczywiście! Mój ukochany tata od najmłodszych lat wprowadzał mnie w świat teatru, sztuki. Oboje z mamą bardzo dbali o mój rozwój, skończyłam szkołę muzyczną, przez 11 lat grałam na skrzypcach. Wydawało się, że moją przyszłość zwiążę z muzyką, w końcu postawiłam jednak na aktorstwo.

W jednym z debiutów filmowych, "Między ustami a brzegiem pucharu" w reżyserii Zbigniewa Kuźmińskiego, wcieliła się Pani w postać uroczej Jadwigi Chrząstkowskiej, która bardzo przypadła ludziom do gustu. Jak Pani wspomina ten czas?
- Było pięknie - te kostiumy, plenery, bryczki, a u boku jakże przystojny, przecudowny, niestety świętej pamięci Jacek Chmielnik, który wróżył mi wielką karierę!... Los jednak po swojemu pisze te nasze scenariusze, a i ja wówczas dokonałam ważnych wyborów.

To znaczy?
- Tak się złożyło, że na trzecim roku studiów zostałam mamą i wydawało mi się, że jestem w tej roli niezastąpiona, przeżywałam strasznie każde rozstanie z moją córeczką. Dlatego też rezygnowałam z kolejnych filmowych propozycji, a miałam ich wtedy naprawdę wiele... Potem po dziewięciu latach, przyszedł na świat syn i znów wolałam się zająć domem, niż gonić za pracą. Wskutek tego powoli "wypadłam z obiegu", zadowalając się jedynie teatrem. I może właśnie stąd ta "chciwość", z jaką rzuciłam się na seriale ostatnich lat, bo brakowało mi bardzo obcowania z kamerą! 

Zdjęcie

Katarzyna Gniewkowska lubi pracę w teatrze, zwłaszcza gdy w pierwszym rzędzie na widowni zasiada jej mąż
/ /MWMedia

Serialowe stawki różnią się zasadniczo od tych w teatrze, odczuła to Pani?
- Z pewnością są to inne pieniądze. Ale, szczerze mówiąc, nie miało to dla mnie specjalnego znaczenia, bo, na szczęście, finansowe zaplecze rodzinne zapewnia mój mąż. Jego pragmatyzm i przedsiębiorczość daje mi duże poczucie bezpieczeństwa.

Jest spoza artystycznej branży?
- Zdecydowanie. I chyba to dobrze. Stanowimy związek od blisko 30 lat i czuję, że im dłużej trwa, tym jest "ciaśniejszy", z każdym dniem wzrasta w nas potrzeba bycia razem i opiekowania się sobą nawzajem. Oczywiście, związek nasz, jak każdy, przechodził różne stany, czasem wręcz burze, ale myślę, że tak miało być, że to nas tylko wzmacniało. Podobnie chyba uważa dziś mój mąż.

Przychodzi "na Panią" do teatru?
- Bardzo często. Lubi siadać w pierwszym rzędzie, a ja się wtedy cieszę, bo mam poczucie dobrego oka na widowni i gwarancję olbrzymiego bukietu kwiatów po spektaklu (śmiech)!

Co za fantazja! Zresztą na różnych polach - swego czasu Pani mąż startował w rajdach samochodowych, był nawet mistrzem Polski!
- I to wielokrotnym! Co prawda, wycofał się z rajdów, tuż po urodzeniu się naszego drugiego dziecka, ale umiejętności pozostały. Wyszkolił nas też doskonale, dzięki jego lekcjom wszyscy w mig opanowaliśmy motoryzacyjną sztukę - najpierw ja, a potem córka i syn.

Ma Pani z nimi dobry kontakt?
- O tak! Zarówno z całkiem dorosłą już Paulą i 19-letnim Maćkiem, tegorocznym maturzystą. Poświęcam im wciąż mnóstwo czasu. Znajomi twierdzą, że jestem nadopiekuńcza, ale ja nie rozumiem tego pojęcia! Uważam, że bez względu na wiek dzieci, matka powinna przy nich czuwać, chronić je jak można i otaczać największą troską. Tak widzę i wypełniam tę najważniejszą z ról, jaką przyszło mi w życiu grać!

Rozmawiała Jolanta Majewska-Machaj

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama