Reklama

Jak żeglarz włóczęga

Niedziela, 12 sierpnia 2012 (06:00)

Do dzisiaj z sentymentem wspomina Leona Kurasia z „Polskich dróg”: – To był bohater przez wielkie „b”! – mówi Kazimierz Kaczor. Pamiętamy go m.in. z seriali „Jan Serce” i „Alternatywy 4”. Mało kto wie natomiast, że w chwilach wolnych od pracy ten znakomity aktor zamienia się w wytrawnego wilka morskiego!

Zdjęcie

Dzięki roli Kurasia błyskawicznie
stał się aktorem rozpoznawanym i... szalenie lubianym: – Ale potem zagrałem „Polakożercę” Frankego w „Najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy”, przez co straciłem
część popularności. /fot  /MWMedia
Dzięki roli Kurasia błyskawicznie stał się aktorem rozpoznawanym i... szalenie lubianym: – Ale potem zagrałem „Polakożercę” Frankego w „Najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy”, przez co straciłem część popularności.
/fot /MWMedia

Marzeniem każdego aktora jest rola, która zapadnie w sercach i umysłach widzów. Pan takich kreacji ma w dorobku wiele. Najlepszy przykład to Leon Kuraś z serialu "Polskie drogi"- bohater przez duże "b".

- Rzeczywiście... Kuraś - postać w zamyśle twórców drugoplanowa, która rozrastała się w trakcie zdjęć - to człowiek godny najwyższego szacunku i stawiania pomników, o co się wcale nie starał. Z pozoru zwykły, przeciętny Polak okresu okupacji, obdarzony smykałką do interesów, dzięki czemu mógł przeczekać wojnę i żyć we względnym dostatku, w miarę upływu czasu i tragicznych zdarzeń tamtych dni coraz mocniej angażował się w sprawę narodową oraz pomoc innym. Wykazał się przy tym nie tylko odwagą, ale również zwyczajną, ludzką przyzwoitością, która była na wagę złota.

Zdjęcie

Kazimierz Kaczor i Jerzy Kryszak w "Dylematu 5". Mijają dekady, Polska to już kraj kapitalistyczny. Jak radzi w nim sobie Kotek?
/fot /AKPA

Nie bał się Pan, że "etykietka" Kurasia przylgnie do Pana na lata?

- Nie musiałem, bo już w kilka dni po emisji ostatniego odcinka "Polskich dróg" zagrałem w teatrze SS-mana w "Rozmowach z katem" Kazimierza Moczarskiego, reżyserowanych przez Andrzeja Wajdę. Śmiały to był pomysł, by Kurasia, "na fali", obsadzić w takiej roli! Później jeszcze, w serialu "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy", zagrałem komisarza policji pruskiej, Frankego, zajadłego "Polakożercę", przez co może i straciłem część popularności, ale mogłem zyskać miano aktora wszechstronnego, a to cenne. Negatywne postaci przytrafiały mi się zresztą do grania wcześniej, i przed "Polskimi drogami", jak choćby epizodyczna, ale jakże znamienna rola pułkownika UB w "Człowieku z marmuru". Zanim zaś przywdziałem pułkownikowski uniform, przeszedłem swoistą "drogę awansu" w rolach mundurowych - od kaprala MO Michalika w "Co jest w człowieku w środku", poprzez sierżanta w "Obrazkach z życia", do kapitana, śledczego milicyjnego w filmie "Dźwig". Paskudna kariera (śmiech)!

A z innej strony patrząc - jakże piękna! "Jan Serce", serial Radosława Piwowarskiego, to kolejna pozycja, którą podbił Pan widzów. Ponoć rola ta została napisana specjalnie dla Pana?

- Tak jest. Kiedy Sławek Piwowarski wraz ze Zbyszkiem Kamińskim, o którym później głośno było w Hollywood, przyszli do mnie i oznajmili, co dla mnie mają, nie pozostało mi nic innego, jak się zgodzić. Swoją drogą, nie słyszałem wcześniej o przypadku w polskiej kinematografii, by autorzy scenariusza pisali pod konkretnego aktora. Przyznam, że mi to schlebiało. Pracę tę wspominam bardzo miło, jak i reakcje ludzi. Znów się do mnie zewsząd uśmiechali!

A potem już często gromko śmiali - dzięki Pańskim rolom w komediach Stanisława Barei, "Alternatywy 4" i "Zmiennicy", w których dobitnie objawił Pan swoją vis comica. Jak się Panu współpracowało z tym legendarnym dziś reżyserem?

- Dużo by opowiadać. Powiem krótko - zaznałem od niego wszystkiego, co najlepsze. Począwszy od moich pierwszych kroków w Warszawie, po filmy i seriale, w których pozwolił mi się udzielać. Był człowiekiem uprzejmym, dowcipnym, od którego biło ciepło i niezwykły spokój. A jednocześnie - był twardym i nieustępliwym obrońcą zasad moralnych i politycznych. W czasach tzw. wojny jaruzelskiej niezwykle zasłużony dla sprawy polskiego podziemia. Wielkim zaszczytem było go znać i z nim pracować.

Przez siedem lat nie grał Pan nigdzie, za to występował w roli gospodarza teleturnieju "Va Banque". Był to format amerykański, adaptowany na nasz grunt, którego pierwowzór nazywał się "Jeopardy!".

- No tak. Żeby było śmieszniej, wróciłem akurat z dłuższego pobytu w Stanach, gdzie teleturnieje były na porządku dziennym, a jeden z moich ulubionych stanowił właśnie ten! Toteż propozycja, która przyszła dość niespodziewanie, wydała mi się wyjątkowo kusząca. Postanowiłem jednak to skonsultować z ZASP-em, gdzie pełniłem przez dwie kadencje funkcję wiceprezesa, przy świętej pamięci, niestety już - Andrzeju Łapickim, który rekomendował mnie na prezesa związku... Zapytałem więc kolegów, czy w zaistniałej sytuacji życzą sobie, bym występował jako gospodarz teleturnieju, co na czas prezesury stanowić będzie moją jedyną aktywność zawodową i źródło dochodu. Zjazd się zgodził, a ja podpisałem umowę. Kiedy przestałem być prezesem, przestałem także prowadzić teleturniej.

Zdjęcie

Kapitan Kaczor uwielbia żeglować! Marzy m.in. o dalekim rejsie po wodach Atlantyku.
/fot /AKPA

Mało brakowało, a miałby Pan inny zawód - studia rozpoczął Pan w Wyższej Szkole Rolniczej.

- Ale aktorstwo było pierwsze. Jeszcze w szkole średniej należałem do kółka amatorskiego, utworzonego przez uczniów dwóch krakowskich liceów - Kochanowskiego i Michałowskiego. Co prawda sprawowałem w nim rolę... kurtyniarza, ale zawsze to coś. Potem, jak nie dostałem się do szkoły aktorskiej, trzeba było podjąć jakąś decyzję. Wylądowałem więc właśnie w WSR w Krakowie. Zaliczyłem tam dwa semestry. Na trzecim, kiedy wprowadzono matematykę i chemię organiczną, udałem się do dziekana, z informacją, że chyba się pomyliłem. Przez grzeczność nie zaprzeczył... Wtedy rozpocząłem pracę. W przedsiębiorstwie budowlano-przemysłowym, gdzie mnie zatrudniono jako pracownika fizycznego, otworzyła się szybko możliwość awansu na magazyniera, bo poprzedni magazynier... poszedł siedzieć. Podziękowałem i szybko przeniosłem się w nowe miejsce, do słynnego krakowskiego Teatru Lalek Groteska.

Czyli bliżej sceny?

- Niby tak, ale po kolei. Najpierw zajmowałem się tam najrozmaitszymi pracami pomocniczymi - akustyką, elektryką, byłem też maszynistą. Dopiero potem koledzy dopuścili mnie do lalek. A jako lalkarz z Groteski trafiłem do PWST w Krakowie, gdzie skończyłem najpierw wydział lalkarski, następnie zaś aktorski. Jestem więc absolwentem dwóch kierunków, podwójnym magistrem!

Jest Pan też posiadaczem paru innych tytułów, w tym - kapitana żeglugi jachtowej. Wieńczy on Pana największą, poza aktorstwem, życiową pasję: żeglarstwo.

- Wysłużyłem sobie ten stopień liczbą wypływanych godzin i mil morskich oraz wieloma zdanymi egzaminami. Jestem typem żeglarza-włóczęgi, co to chętnie wraca do miejsc, gdzie jest ciepło, rosną palmy i nie ma tłumów turystów.

Rozmawiała Jolanta Majewska-Machaj

Pełna wersja wywiadu - z którego dowiecie się, czy Kazimierz Kaczor tęskni za serialem "Złotopolscy", jak wspomina pracę na planie teleturnieju "Va Banque" oraz skąd się wzięło u aktora zamiłowanie do żeglarstwa - w 33. numerze "Tele Tygodnia".


Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama