Reklama

Jarosław Boberek: Nie powiem wam jak żyć!

Poniedziałek, 11 marca 2013 (10:50)

– Rodzina wybijała mi z głowy sceniczne zapędy – można być lekarzem, inżynierem, ale aktorem? Cóż, stało się tak, a nie inaczej. Widocznie takie życie było mi pisane. Niczego nie żałuję – mówi. Nie ma w nim nic z gwiazdora. Skromny i pokorny wobec widzów oraz... postaci, które gra.

Zdjęcie

– Nie marzyłem o aktorstwie, miałem zostać architektem – mówi. Zmienił zdanie, kiedy zaczął grać  w amatorskim teatrze,  a następnie dostał się do szkoły aktorskiej. /FORUM Polska Agencja
– Nie marzyłem o aktorstwie, miałem zostać architektem – mówi. Zmienił zdanie, kiedy zaczął grać w amatorskim teatrze, a następnie dostał się do szkoły aktorskiej.
/FORUM Polska Agencja

Kiedy zadzwoniłem z prośbą o wywiad, zapytał Pan, o czym będziemy rozmawiać. Odpowiedź „o sprawach zawodowych” sprawiła, że zgodził się Pan bez wahania. Gdybym powiedział, że o hobby, rodzinie lub ulubionej potrawie?

– Pewnie usłyszałby Pan: – Nie, dziękuję. Dlatego chciałem się upewnić, czy warto się umówić. Może po to, by uniknąć sytuacji, która przytrafiła mi się ostatnio. Po jednym z przedstawień teatralnych dziennikarka wyjęła dyktafon, a ja byłem pewien, że chce się czegoś dowiedzieć o spektaklu. Zapytała: – Jaki jest według pana idealny związek?

Co w tym dziwnego? Przecież ta pani nie była chyba z pisma teatralnego?

– To proste: jestem najmniej odpowiednią osobą do udzielania tego typu odpowiedzi! Mogę opowiadać o pracy, aktorskich doświadczeniach, lecz nie czuję się na siłach, by podawać gotowe recepty na życie.

Nie zabieram głosu na tematy, o których nie mam pojęcia. Jestem przede wszystkim od grania, a nie doradzania, jak żyć i postępować, żeby osiągnąć pełnię szczęścia.

Aktor nie może mieć własnego zdania?

– Może, ale nie bawi mnie bycie telewizyjnym autorytetem. Podobnie jak pojawianie się w mediach za wszelką cenę, na zasadzie „nieważne, jak piszą, byle tylko napisali”.

Jak wytrzymał Pan w „Rodzinie zastępczej”, gdzie pracował Pan ponad dziesięć lat?

– To fajny okres w moim życiu. Wspominam go jako cenny poligon doświadczalny. Nie byłem tam jedynie typowym policjantem, patrolującym ulice „krawężnikiem”.

Posterunkowy był „skomplikowaną’’ naturą i często zachowywał się dość niekonwencjonalnie, że się tak wyrażę. Dlatego mogłem być włoskim carabinieri, tajniakiem udającym skinheada, wróżką, radiestetą, kobietą, facetem do towarzystwa, żebrakiem i nawet aktorem. Oczywiście to zasługa scenarzystów piszących nasze wątki i to oni mieli niezaprzeczalny wpływ na popularność serialu. Lubiliśmy tę pracę, świetnie się rozumieliśmy, ekipa była zgrana, a towarzystwo doborowe.

Nie ma Pan dość, że większość widzów kojarzy Pana z rolą posterunkowego?

– Cóż, taka jest cena regularnego pojawiania się w okienku, które występuje w prawie każdym polskim domu. Najważniejsze, by nie wciskać ludziom kitu, być sobą, mieć silną wewnętrzną prawdę. Publiczność natychmiast wyczuwa fałsz i kłamstwo, a wtedy zazwyczaj przestaje cię lubić i szanować. W tym zawodzie na każdym kroku trzeba być rzetelnym i wiarygodnym.

Także w dubbingu?

– Tutaj obowiązują te same, o ile nie surowsze zasady. Nie można sobie pozwolić na dowolność, konieczne jest wbicie się w ciasny gorset stworzony przez twórców. Patrzysz jednocześnie na kartkę z tekstem, na ekran, a w słuchawce w uchu słyszysz oryginalny dialog czy monolog swojej postaci.

Bywa, że aktorzy podchodzą do tego mechanicznie, skupiając się na synchronie i głosie. Moim zdaniem głos jest tu sprawą drugorzędną.

Co jest najważniejsze?

– Umiejętność imitacji głosów to jedno. Przede wszystkim trzeba złapać charakter danej postaci, znaleźć „usprawiedliwienie” dla jej słów, dlaczego mówi tak, a nie inaczej. Słowem: zacząć żyć jej życiem, iść z nią krok w krok, tym samym tempem.Nie ma dużo czasu na analizowanie. Wchodzi się do studia, ogląda postać i zaczyna się nagrywanie.

Kiedy w 1993 roku przyjechałem do Warszawy i po raz pierwszy stanąłem przed mikrofonem, stwierdziłem, że nic z tego nie będzie. Dopasować się głosowo i jeszcze zagrać dokładnie tak, jak chce reżyser? Początki były koszmarne!

A dziś jest Pan najpopularniejszym aktorem dubbingowym!

– Skąd taka opinia?

„Jest najlepszy jako dubbingujący, za każdym razem jego głos brzmi inaczej”; „To on podkładał głos Julianowi? Co za oryginał! Rewelacja! Oscara za ten dubbing!”– to tylko pierwsze z brzegu głosy internautów. Czytać dalej?

– Może te zachwyty są efektem tego, że widzowie czują mój respekt i szacunek do bohaterów, których gram? Kiedyś zaproponowano mi, abym publicznie zaśpiewał „Wyginam śmiało ciało”.

Pomyślałem – z jakiej racji? Miałbym to robić jako Jarek Boberek, czy jako król Julian z „Madagaskaru”? Dlaczego mam udzielać się jako Julian, skoro nim nie jestem i nigdy nie będę? Co innego, gdy zapraszają Juliana. Wtedy mogę z nim pójść.

Rozmawiał: Artur Krasicki

Zdjęcie

Jako król Julian z „Madagaskaru” zaśpiewał „Wyginam śmiało ciało” i zdobył serca Polaków. /Mat. Prasowe
Jako król Julian z „Madagaskaru” zaśpiewał „Wyginam śmiało ciało” i zdobył serca Polaków.
/Mat. Prasowe

Zdjęcie

– A Pan dzisiaj nie w mundurze? – nadal słyszy to pytanie na ulicy. Serial „Rodzina zastępcza” bawił widzów przez 10 lat. /AKPA POLSKA PRESS Sp.z o.o.
– A Pan dzisiaj nie w mundurze? – nadal słyszy to pytanie na ulicy. Serial „Rodzina zastępcza” bawił widzów przez 10 lat.
/AKPA POLSKA PRESS Sp.z o.o.

Zdjęcie

– Mój posterunkowy zachowywał się dość niekonwencjonalnie – śmieje się aktor. /Mat. Prasowe
– Mój posterunkowy zachowywał się dość niekonwencjonalnie – śmieje się aktor.
/Mat. Prasowe

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama