Reklama

Kinga Rusin. Agent - gwiazdy

Czwartek, 31 marca 2016 (15:34)

Z prowadzącą program „Agent – gwiazdy”, spotkaliśmy się tuż przed wyjazdem do Holly- wood, skąd po raz kolejny będzie relacjonować oscarową galę dla „Dzień Dobry TVN”.

Jak się Pani bawiła w Afryce?

Ciężko mówić o zabawie. To było przeżycie. Stanowiliśmy wędrowną trupę aktorów. Mieliśmy swój karawan – pięć wozów produkcyjnych. Pojechało nas tam 60 osób, co 3-4 dni zmienialiśmy miejsce pobytu. Jeżeli zachwycaliśmy się czymś, to głównie z okien samochodów. Myślę, że jest to najbardziej spektakularny, plenerowy program w obecnej ofercie telewizyjnej.

A jak było na safari?

Nagrywanie zdjęć trwało cztery dni. Mieliśmy pecha, bo w dniu, w którym najdłużej pracowaliśmy na planie, temperatura przekraczała 50 stopni Celsjusza!

Prawdziwe piekło!

To był najgorętszy dzień w RPA w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Tamtejsi mieszkańcy, którzy nam pomagali przy produkcji, byli bardzo zdziwieni, kiedy zobaczyli, że ok. godziny 11-12, w najgorszym skwarze, zamiast iść spać w cieniu, idziemy do pracy.

Rzeczywiście ekstremalnie…

Ogromne wyzwanie realizacyjne. Pięć tygodni zdjęć w systemie niemal całodobowym. Niewiele czasu na sen, na odpoczynek, za to całe mnóstwo adrenaliny.

W programie widzowie zgadują, kto spośród wszystkich uczestników jest agentem. Czy Pani też dała się wciągnąć w zabawę?

Oczywiście! Po nagraniu pierwszego odcinka, czyli po dwóch dniach pracy na planie, byłam absolutnie pewna, kto jest agentem! Z resztą ekipy wrzuciliśmy do koperty swoje typy. Nawet nie drgnęła mi ręka, kiedy wypisywałam imię i nazwisko „agenta” na kartce. Pomyślałam tylko, że to było łatwe – wystarczyła koncentracja i uważna obserwacja. Czułam wręcz lekkie rozczarowanie, że skończyła się dla mnie zabawa.

I co, zgadła Pani?

Proszę sobie wyobrazić moje rozczarowanie, kiedy mój kandydat odpadł! Spojrzałam na osoby, które zostały i stwierdziłam, że nie ma wśród nikogo, na kogo bym postawiła!

Zapowiada się więc dobra zabawa!

Dobry gracz w tej grze to taki, który zwiedzie innych, będzie udawał agenta, żeby inni uczestnicy głosowali na niego.

Dopiero co wróciła Pani z Afryki, a już teraz wylatuje Pani do Los Angeles, żeby relacjonować galę wręczenia Oscarów. Lubi Pani Hollywood?

To miejsce, do którego wracam z sentymentem. Pierwszy mój prawdziwy reportaż, miałam wtedy 23 lata, zrobiłam właśnie tam. Bohaterem materiału był genialny bluesman John Lee Hooker, absolutna legenda.

Po raz pierwszy relacjonowałam Oscary w 1995 roku, kiedy Krzysztof Kieślowski i Krzysztof Piesiewicz byli nominowani w kategorii najlepszy scenariusz. Mam stamtąd tylko dobre wspomnienia. No i uwielbiam amerykańskie kino.

Co zrobi Pani zaraz po przyjeździe do Los Angeles?

Od razu pojadę odebrać akredytację! Nawet zanim zostawię bagaże w hotelu. Od czwartku cała okolica The Dolby Theatre, gdzie odbywa się gala, będzie całkowicie zamknięta dla samochodów. W tej chwili, ze względu na bezpieczeństwo, to, co się tam dzieje, przypomina oblężenie twierdzy.

Skoro już rozmawiamy o Stanach, to co powie Pani o amerykańskim programie roast, który ostatnio pojawił się też w polskiej telewizji. Czy sądzi Pani o tej formie rozrywki?

Roasty są bardzo związane z kulturą amerykańską. Wymyślili je komicy dla komików. Jeśli mówią coś bardzo ostrego, mają gwarancję, że inni odpowiedzą trzy razy mocniej. Co ważne, nikt nie ma przygotowanych wcześniej tekstów. Na tym właśnie polega amerykański roast…

Rozmawiała Marzena Juraczko

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama