Reklama

Kobuszewski: Starość nie jest dla mięczaków

Niedziela, 15 lipca 2012 (06:00)

– Bez względu na kondycję naszego ciała, trzeba korzystać z duszy – uśmiecha się Jan Kobuszewski. Ma za sobą trudne doświadczenia – przetrwał wojnę, komunizm, choroby i inne przeciwności losu. Wciąż jednak zachowuje pogodę ducha. A na emeryturze planuje... nadal grać w teatrze!

Zdjęcie

Jan Kobuszewski /fot  /AKPA
Jan Kobuszewski
/fot /AKPA

Wiosną, 19 kwietnia skończył Pan 78 lat. Co się czuje, o czym myśli, jakie refleksje do głowy przychodzą, kiedy człowiek ma za sobą taki piękny jubileusz?

- Wydaje mi się, że jestem trochę mądrzejszy, ale nie bardzo. Krótko mówiąc - dusza lepsza, ciało gorsze.

Zdjęcie

55-lecie pracy artystycznej świętował w ukochanym Teatrze Kwadrat wśród przyjaciół.
/fot /AKPA

Słabeusze i pesymiści mawiają: "Starość nie radość". Pan jest większym optymistą?

- Tak, uważam, że "starość nie jest dla mięczaków". Myśl tę zaszczepił mi kiedyś mój przyjaciel anestezjolog, profesor Andrzej Zawadzki. Powiedział tak, żeby mnie pokrzepić, żebym się trzymał. Uważam, że bez względu na kondycję naszego ciała, trzeba korzystać z duszy. Dusza musi to słabe ciało podtrzymywać. Nie wolno się poddawać! 

I Pana dusza mobilizowała przez całe życie, żeby w ciężkich chwilach się nie poddawać?

- Tak mi się wydaje. Kiedy człowiek jest młody i ma wielką chęć do pracy, to nie ma możliwości. A teraz, kiedy ma możliwości, to nie ma już siły. To sprzeczne z naturą ludzką. Najlepiej byłoby, żeby do końca życia człowiek był sprawny - umysłowo i fizycznie - i chciało mu się pracować. Dlatego dziwię się wszystkim, których myśl o przejściu na emeryturę w wieku 67 lat przeraża. Ja, mimo że mam 78 lat, jeszcze nie jestem na emeryturze. Uważam, że praca jest rzeczą wspaniałą. Oby tylko siły były. 

Cytat

- Praca jest rzeczą wspaniałą. Oby tylko siły były

Co Pan widzi patrząc wstecz, w "tamte lata, co minęły"?

- Kiedy byłem młody, żyłem w przedziwnych czasach - okupacja, Powstanie Warszawskie, ciężki okres powojenny, komuna. Zarobki żadne, ale pracowało się z radością, bo, jak mówił mój profesor Antoni Bohdziewicz, była to "bydlęca rozkosz istnienia". Bez względu na to, czy się zarabiało, czy nie. Nie mnie osądzać, czy jestem patriotą, ale zawsze była u mnie wielka chęć pracy dla ojczyzny. Marzyłem, że wróci ta wspaniała dobra Polska. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że tego doczekam. A jednak!

Zdjęcie

– Żona uszlachetnia męża – twierdzi aktor. Jest szczęśliwym mężem Hanny już od 56 lat. Poznali się jeszcze w szkole teatralnej.
/fot /AKPA

Wspominał Pan, że dorastanie w latach wojennych sprawiło, że był Pan smutnym dzieckiem, takim "małym staruszkiem"...

- Proszę sobie wyobrazić, jak wtedy wyglądałem: 11-12 letni chłopak, który przeżył Powstanie Warszawskie. Wyginęło wtedy tylu ludzi! Przyjaciele moich sióstr, rodziców, a przede wszystkim moi koledzy ze szkoły. Bez przerwy pogrzeby i bombardowania. To na człowieku zostawia piętno do końca życia. Do dzisiaj śnią mi się sceny z powstania. Ale czegoś się człowiek nauczył.

Czego?

- Że przyjaźń jest więcej warta niż wszelkie dobra materialne. Najważniejsza jest ludzka solidarność. Rodzice wszystko stracili, ale w nagrodę ocaleliśmy z pożogi wojennej. Obok nas było jedno wielkie cmentarzysko. To uczy człowieka szacunku do życia i wartości moralnych, a nie dóbr doczesnych.

Przyjaźń odnalazł Pan w Teatrze Kwadrat, gdzie niedawno świętował Pan 55-lecie pracy artystycznej. Zacny jubileusz!

- Zmusili mnie koledzy (śmiech). W ubiegłym roku minęło 55 lat mojej pracy artystycznej. A ponieważ Teatr Kwadrat w dalszym ciągu jest w pewnym sensie bezdomny, wpadliśmy na pomysł, żeby tym moim jubileuszem trochę nasz teatr zareklamować. Nie tylko wśród widzów, ale i władz Warszawy.

Zdjęcie

/fot /AKPA

Udało się?

- Skończyło się, Bogu dziękować, na tym, że premiera "Duszy Kobusza", która powstała z mojego jubileuszowego przedstawienia, odbyła się już w nowej siedzibie Teatru Kwadrat, czyli w dawnym kinie Bajka - Marszałkowska róg Świętokrzyskiej. To bardzo dobre miejsce, bo właśnie tam będą się krzyżowały dwie linie metra. Sala na 300 miejsc, wymagająca przebudowy. Nie ma jeszcze garderób i zaplecza scenicznego. Miejmy nadzieję, że przy naszym nowym prężnym dyrektorze, Andrzeju Nejmanie, trudności w krótkim czasie zostaną pokonane. I od października już na dobre przeniesiemy się na Marszałkowską.

Kobusz. Kto wymyślił Panu to przezwisko?

- Od niepamiętnych czasów byłem Kobuszem. To skrót od nazwiska. Już w szkole powszechnej tak mnie nazywano, potem na studiach i w teatrze. Zawsze byłem Kobuszem.

Czy Pana wnuki przychodzą podziwiać dziadka na scenie?

- Oczywiście. Na każdej premierze w Kwadracie, nie tylko tej, w której ja gram, cała moja rodzina zawsze jest na widowni. Córka i dwóch wnuków - Janek i Maciek. Jeden ma 20, a drugi blisko 14 lat. Prawie mężczyźni, można powiedzieć!

Rozmawiała Ewa Jaśkiewicz

Pełna wersja wywiadu - z którego dowiecie się, jaka jest recepta Jana Kobuszewskiego na szczęśliwe życie, gdzie najchętniej odpoczywa, oraz czy wnuki wybitnego aktora pójdą w jego ślady - w 29. numerze "Tele Tygodnia".

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama