Reklama

Komarnicka: Śpiewam dla przyjemności

Wtorek, 19 czerwca 2012 (15:19)

Emilia Komarnicka jest nie tylko utalentowaną aktorką. Przyznaje, że jej wielką pasją jest również śpiewanie. Rok temu założyła razem z trzema muzykami zespół, z którym jeździ po Polsce i koncertuje. Aktorka podchodzi do tematu profesjonalnie i pobiera lekcje śpiewu u znanego pedagoga w Gdańsku.

Zdjęcie

Serial "Na dobre i na złe" przyniósł Ci dużą popularność. Ostatnio mogliśmy Cię też podziwiać na dużym ekranie w kasowym hicie Waldemara Krzystka "80 milionów". Ale wcześniej bliską Ci profesją była podobno choreografia?

Zdjęcie

- Rzeczywiście miałam w życiu taki epizod, zrobiony na tzw. "czarną godzinę". Nie muszę go wykorzystywać. Zresztą, nie czuję się na siłach. Wiadomo, zawodu uczymy się w praktyce. Tak więc mam papier, ale nie miałam przyjemności być choreografem. 

Za to czynnie wykorzystujesz swój talent do śpiewania.

- Śpiewanie to moja pasja. Rok temu przez przypadek spotkałam trzech fantastycznych muzyków i postanowiliśmy coś wspólnie zrobić. Teraz jeździmy z recitalem "Żaden jeden temat" po Polsce i muzykujemy dla przyjemności.

Co macie w repertuarze?

- Żeglujemy po konwencjach. Mamy w repertuarze utwory Agnieszki Osieckiej, Ewy Demarczyk, Marka Grechuty, ale jest też utwór Maanamu, Nat King Cole, czy "Libertango" Piazzoli. To mój pierwszy autorski projekt. Przy wyborze repertuaru kierowałam się swoim głosem wewnętrznym. Śpiewam to, co zawsze chciałam zaśpiewać. Ale gramy dla różnej publiczności i jesteśmy dobrze przyjmowani, więc chyba się sprawdza.

Zdjęcie

Szkolisz swój głos, czy zdajesz się na intuicję i wrodzony talent?

- Pobieram w Gdańsku lekcje śpiewu u świetnego pedagoga, Anny Domżalskiej, która jednocześnie jest wspaniałym psychologiem. Wie, jak odblokować w głowie odpowiednie drzwiczki, żeby ten głos brzmiał jak należy.

A czy ten siedzący w Tobie chłopak, o którym kiedyś wspominałaś, wyrywa się czasem na podbój świata?

- Ja na razie ten podbój świata mam w głowie! Wydaje mi się, że czasem upieramy się, że trzeba gdzieś wyjechać, żeby odnaleźć siebie. A to chyba nie jest tak do końca. Równie dobrze może to nastąpić tu i teraz. Trzeba tylko tego chcieć i nad tym bardzo mocno pracować. A mówiąc dosłownie - chętnie rzuciłabym wszystko i pojechała przed siebie z plecakiem, ale chyba brakuje mi na razie odwagi. Z drugiej strony, kiedy jak nie teraz?

A zdarza Ci się zatrzymywać, żeby przemyśleć coś, zastanowić się? Czy raczej idziesz do przodu?

- Biegnę! Kiedy tempo tego biegu jest bardzo szybkie, to jest, mówiąc przewrotnie, bardzo komfortowo, bo nie ma czasu na refleksję. Wtedy jedynym problemem jest się wyspać. Ale, kiedy przychodzą momenty troszkę wolniejsze, to mam odwagę, żeby spotkać się ze sobą.

Dużo czasu spędzasz teraz na planie "Na dobre i na złe". Wy, młodzi, staliście się, można powiedzieć, frontmanami tego serialu. Co słychać u doktor Agaty Woźnickiej?

- Jest po nieudanym, delikatnie rzecz ujmując, małżeństwie z Pawłem Lewickim, którego gra Maciej Marczewski. Po tej porażce moja bohaterka dosyć długo dochodziła do siebie, ale już jest lepiej. Na razie koncentruje się na pracy.

Czytelnicy gazet telewizyjnych chcieliby pewnie wiedzieć, czy na horyzoncie widać już nową miłość?

- Nic mi nie wiadomo. Jeszcze się daleko żagiel bieli.

Co poza serialem sprawia, że żyjesz w biegu?

- Ostatnio byłam w okresie bardzo intensywnych prób do spektaklu "Wyspa niczyja. Mapping" na podstawie "Władcy much" w reżyserii Jarka Tumidajskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Jestem też po premierze projektu muzycznego "To nie jest film" w reżyserii Roberta Glińskiego.

Co z kolejnymi propozycjami filmowymi? Przebierasz w scenariuszach?

- Jestem dopiero na początku drogi. Na etapie tzw. zdjęć próbnych. Jeszcze nie przebieram scenariuszy, ale oby tak było! Wiadomo, chciałabym pracować z wartościowymi ludźmi i dobrymi scenariuszami. 

Ewa Jaśkiewicz - AKPA

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

teletydzien.pl/AKPA

Reklama