Reklama

Magdalena Stużyńska walczy z rutyną

Sobota, 20 października 2012 (23:18)

Zawsze uśmiechnięta, pogodna i życzliwa. Nigdy nie narzeka na zmęczenie, choć ma do tego prawo! Gra w serialach („Przyjaciółki”, „Hotel 52”), Teatrze Kwadrat i Kabarecie Moralnego Niepokoju. Stara się nie popadać w rutynę. - Żyje się wtedy lepiej - zapewnia Magdalena Stużyńska.

Zdjęcie

Magdalena Stużyńska /  /MWMedia
Magdalena Stużyńska
/ /MWMedia

Zdjęcie

Przez wiele lat oglądaliśmy Magdalenę Stużyńską jako Marcysię w "Złotopolskich"
/ /AKPA

Opowiadała Pani nie tak dawno o swoich przyjaciółkach - aktorkach Grażynie Rogowskiej, Ewie Ziętek, Katarzynie Kwiatkowskiej, Annie Hernik... Przyznała Pani wtedy, że każda z Was jest inna. Inność jest warunkiem przyjaźni?
- Jest jeszcze Basia Kałużna, jeden z najlepiej znanych głosów w telewizji i ogromnie zdolna aktorka. A inność? Przyjaźń rządzi się swoimi prawami, nie ma tu reguł czy zasad, dających jasne wytyczne co robić, by przetrwała. To zawsze sprawa indywidualna, ja także z każdą z moich przyjaciółek mam zupełnie inne relacje. Co ciekawe, nie tworzymy paczki - rzadko spotykam się z moimi wszystkimi przyjaciółkami jednocześnie. To co warunkuje przyjaźń, to dbałość o relację.

Zobaczmy zatem, jak sprawy się mają, gdy mowa o czterech serialowych "Przyjaciółkach".
- No właśnie... Nasze bohaterki: Ingę (Małgorzata Socha), Patrycję (Joanna Liszowska), Zuzę (Anita Sokołowska) i Ankę, czyli mnie, łączy przede wszystkim wspólna przeszłość, wspomnienia, fakt, że w tym samym otoczeniu i czasie dorastały i się wobec tego otoczenia wspólnie musiały określić, teraz zaś są na podobnym etapie życia. Łączy je również to, że każda ma jakiś problem, z którym musi się zmierzyć. Innymi słowy, ta przyjaźń oparta jest na solidnych podstawach. 

Zdjęcie

W "Hotelu 52" gra pokojówkę Jolę
/ /AKPA

W czerwcu związała się Pani z Kabaretem Moralnego Niepokoju. Jak do tego doszło?
- Z Robertem Górskim poznaliśmy się dawno temu, w telewizji. Po wielu latach spotkaliśmy się raz jeszcze, na benefisie Jana Kobuszewskiego w Teatrze Kwadrat. Robert przypomniał sobie o mnie i... wpadł na pomysł, bym "weszła" w całkiem nowy program, który akurat przygotowywali. Trzymiesięczna próba okazała się na tyle owocna, że zaproponowali mi współpracę.

Ku Pani zadowoleniu?
- Ależ oczywiście. To fantastyczna przygoda, wspaniałe wyzwanie, coś niebywałego. Początkowo jednak bałam się, że się nie odnajdę. Trzeba  przestawić się na inne tryby, sięgnąć po inne środki ekspresji, inaczej się zaprogramować niż aktor grający w teatrze bądź w serialu. Chyba się udało. Podoba mi się ten specyficzny, "kabaretowy" rodzaj adrenaliny - ta konieczność natychmiastowej gotowości. Choć wiąże się z tym pewien wysiłek fizyczny - jeździ się po różnych zakątkach Polski i nie raz tego samego dnia trzeba ruszyć dalej - to mimo wszystko jest to bardzo oczyszczające doświadczenie.

Pomaga odreagować napięcia?
- A żeby pan wiedział. Porównałabym to wręcz ze skokiem na bungee. Na początku - podniecający lęk. Potem dociera do ciebie, że lina dobrze się trzyma, że nie spadniesz i... po prostu skaczesz. Z pełnym zaufaniem! Przygotowujemy nowy program, dopinamy go - Robert specjalnie dla mnie napisał kilka skeczów. I dobrze jest, wszystko nam się zgadza. Uwielbiam z nimi występować - są pełni radości życia i pozytywnej energii, a to rzecz nie do przecenienia. Poza tym, dają tę radość innym. Kabaret ma to do siebie, że reakcja publiczności jest natychmiastowa. To zaś dla aktora najcenniejszy skarb. Robisz coś i w tej samej sekundzie wiesz, czy to co robisz podoba się czy nie. Podobne doświadczenia mam w Teatrze Kwadrat, gdy gramy farsę. Wracając jeszcze na chwilkę do kabaretu... Po występach z KMN robimy zdjęcia z publicznością, rozdajemy autografy. Fantastycznym przeżyciem jest zobaczyć widzów odprężonych, zrelaksowanych, szczęśliwych. Jesteśmy z chłopakami z KMN w podobnym wieku, w podobnym czasie studiowaliśmy, nadajemy na tej samej długości fal, mamy zbliżone poczucie humoru. Trudno wyobrazić sobie lepsze fundamenty dla współpracy i... w ostateczności także właśnie dla przyjaźni. 

Zdjęcie

Anka z "Przyjaciółek" swoje problemy zapija alkoholem
/ /AKPA

Aktorzy, koledzy - partnerami?
- Naturalnie. Partnerstwo jest koniecznie, żeby widz miał komfort. I my żebyśmy go mieli. Bo gdybyśmy nie byli zgrani, gdyby za kulisami dochodziło do zgrzytów, publiczność natychmiast by to wyczuła.

Spróbujmy podzielić Panią na trzy Magdy: serialową, kabaretową i tę z Teatru Kwadrat. Czuje Pani, że każda z nich jest inna, używa innych środków wyrazu?
- Zasadniczą różnicą jest sposób przekazu i komunikacji z widzem, specyficzna koncentracja. W serialu koncentrujemy się w obrębie realizacji jednej sceny. Oczywiście musimy pamiętać o tym, co zagraliśmy wcześniej i co zagramy potem. W końcu nie możemy zdradzać tego, co się wydarzy później, zarazem zaś musimy pamiętać o tym, co było przedtem. A gramy niechronologicznie. Jeżeli dzisiaj gram, że opowiadam o mojej kłótni z córką, lecz samą kłótnię będę grała za trzy dni, to muszę już dzisiaj zaplanować sobie to jakoś emocjonalnie. Muszę się koncentrować tak, żeby mieć pamięć czegoś, co jeszcze nie zaistniało. Istne szaleństwo! Poza tym jest to koncentracja na jednej scenie - i wtedy daję z siebie wszystko. W teatrze rozkładam napięcie na całe przedstawienie - na półtorej czy dwie godziny pracy na scenie. W kabarecie wychodzę na ileś różnych scenek, gdzie gram bardzo różne postacie i muszę je sprzedać w ciągu 5 minut. Więc to jest takie dawkowanie energii, rozłożenie napięcia w inny sposób. 

Ale jednak potrzeba czasem wielkiej pracowitości, gdy jedna i ta sama scena ciągnie się i ciągnie, powtarzana jest kilkanaście razy?
- I dyscypliny wewnętrznej, bo faktem jest, że czasem mamy sceny, które wymagają powtórek. "Przyjaciółki" kręcone są jak film. Opowiadamy historię - to nie są tylko debaty o tym, co będzie na obiad. Są tu emocje i prawdziwe problemy, konflikty, które znamy wszyscy. Jest życie wewnętrzne, sceny emocjonalnie trudne. Proszę sobie wyobrazić, że jest scena, w trakcie której ktoś mnie doprowadza do łez, a ja muszę ją powtórzyć 9 razy i zacząć płakać w dokładnie tym samym momencie. To jest pewnego rodzaju trudność, ale i kwestia warsztatu. Gorzej, jeśli trzeba grać scenę o niczym - bo i takie zdarzają się w polskich serialach. Ale w "Przyjaciółkach" nie ma tego problemu.

Zdjęcie

W Teatrze Kwadrat Magdalena Stużyńska występuje m.in. w "Kiedy Harry poznał Sally"
/ /AKPA

W teatrze nudne może być zagranie tego samego spektaklu po raz 150...
- Jeżeli to spektakl, który lubimy, który robimy z kolegami, z którymi czujemy się bezpiecznie i dobrze na scenie, to to też jest przyjemne. Nasza praca jest w ogóle fascynująca. Dla nas, bo pewnie nie każdy tak uważa. Do tego, żeby to robić, trzeba mieć z pewnością odpowiednie predyspozycje, ale przede wszystkim trzeba to lubić. To samo z nami, aktorami. Lubimy to. Nawet, jeśli praca na planie nie raz sprowadza się do ciągnącego się w nieskończoność czekania. 

Teraz jesteśmy na planie "Przyjaciółek". Jak wyglądają Wasze relacje? Jak się razem czujecie?
- Poprawność polityczna nakazuje powiedzieć, że się lubimy i że jest dobrze, ale - uwaga! - na szczęście tak jest naprawdę! Producent Michał Kwieciński długo się zastanawiał, jak nas dobrać, w jakiej konfiguracji. Udało mu się, jest zadowolony. Uznał, że najważniejsze jest to, by między nami - aktorkami - zaiskrzyło, żeby powstało coś w rodzaju zamkniętego obiegu energii. Dobra chemia to podstawa, inaczej nie byłybyśmy wiarygodne jako Zuza, Inga, Partycja i Anka. Ta chemia jest, my się ogromnie polubiłyśmy. A poza wszystkim - naprawdę ciężko pracujemy.

A potem jeszcze biegnie Pani do teatru?
- Otóż niestety, wzięłam w teatrze urlop, bo nie byłam w stanie tego wszystkiego pogodzić.

Zdjęcie

Magdalena Stużyńska urodziła się w Giżycku
/ /AKPA

Ma Pani czas na jogging jak Anka?
- Nie biegam. Ale wierzę, że zajmę się jakimś sportem, jak tylko skończą się zdjęcia. Pójdę pewnie na siłownię, bo tego potrzebuję. Jako serialowa Anka chciałabym gorąco zaapelować do innych kobiet, żeby ten margines sobie zostawiły, żeby znalazły czas dla siebie. Niech to będzie śniadanie z przyjaciółką, taki ukradziony poranek, coś, co ma służyć zresetowaniu się. Mamy grono przyjaciół, z którymi robimy sobie seanse filmowe. Co którąś sobotę - raz na miesiąc czy dwa - przyrządzamy uroczystą kolację z szampanem, a potem oglądamy naprawdę dobre filmy - nowe, których nie mieliśmy czasu obejrzeć, albo klasykę. Jeśli nie da się i na to wygospodarować chwili, to warto z codziennych czynności zrobić piękny rytuał. Niech śniadanie będzie bardziej uroczyste, niech kolacja zostanie ubrana w odświętny strój. Brońmy sie przed rutyną. Żyje się wtedy lepiej.

Rozmawiał Maciej Misiorny

Po pełną wersję wywiadu - z którego dowiesz się, gdzie i kiedy Magdalena Stużyńska zaczynała swoją aktorską przygodę, jak wygląda dzień pracy na planie "Przyjaciółek", kogo aktorka nieco zaniedbała, a dla kogo zawsze znajdzie czas oraz czy można odnaleźć zagubionego przyjaciela - sięgnij do 43. numeru "Tele Tygodnia".

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama