Reklama

Maryla Rodowicz wciąż na topie

Niedziela, 5 sierpnia 2012 (11:14)

– Spało się w przypadkowych miejscach, gdzieś na dekoracjach czy w korytarzu – wspomina początki swojej kariery. Twierdzi, że to miało swój urok, choć cieszy się, że dziś z większym rozmachem może przygotowywać koncerty. A pomysłów ma bez liku!

Zdjęcie

Maryla Rodowicz /  /AKPA
Maryla Rodowicz
/ /AKPA

Zdjęcie

Mimo realnych propozycji z zagranicy, Maryla Rodowicz w latach 70. wolała robić karierę w Polsce
/ /AKPA

"Tele Tydzień" na łamach 32. numeru publikuje obszerny wywiad Anny Lipińskiej z Marylą Rodowicz - gwiazdą polskiej piosenki, której utwory wciąż biją rekordy popularności.

Śpiewana przez Marylę Rodowicz od 40 lat "Małgośka" wydaje się nie starzeć. Piosenkarka przyznaje, że publiczność domaga się jej na każdym koncercie. W czym tkwi sekret tak ogromnej popularności? - Jest megahitem dzięki autorce - Agnieszce Osieckiej - przyznaje Maryla Rodowicz. - Chociaż wykonuję ten utwór tyle lat, to nigdy nie odczuwałam znudzenia podczas jego śpiewania. Zdaję sobie też sprawę, że wiele kobiet z historią tytułowej Małgośki się utożsamia. 

Artystka wspomina początki swojej kariery, kiedy w dobie PRL-u jako studentka zaczynała występować na scenie. - Wynagrodzenia za koncert ustalało Ministerstwo Kultury. Stawki były tej samej wysokości, niezależnie od rangi występu i liczby widzów. Wszyscy mieli po równo i może dlatego było wesoło, zawierało się więcej przyjaźni branżowych. Warunki noclegowe to też nie były luksusy, ale wtedy nie miało to dla mnie znaczenia. Spało się w przypadkowych miejscach, gdzieś na dekoracjach, czy w korytarzu - zdradza, dodając, że w latach 70. grywało się dwa tygodnie w miesiącu, po dwa koncerty dziennie, raczej w małych salach, np. w domach kultury.

Zdjęcie

- Od zawsze lubiłam bawić się kostiumami i modą - przyznaje Maryla Rodowicz
/ /AKPA

To właśnie wtedy Maryla Rodowicz cieszyła się taką popularnością, że zaczęły napływać poważne propozycje z zagranicy. Dlaczego więc piosenkarka z nich nie skorzystała? Bo wiązały się z wyjazdem do Stanów Zjednoczonych albo Wielkiej Brytanii. - A ja w latach 70. byłam cały czas zakochana. Nie wyobrażałam sobie wyjazdu. Zawsze trzymał mnie nowy narzeczony, nowa miłość... a potem mąż, dzieci, obowiązki. Aby wyjechać za granicę na stałe, trzeba było być bardzo zdeterminowanym, a ja nie byłam. W Polsce miałam co robić.

Ale to, że Maryla Rodowicz nie znalazła motywacji do opuszczenia kraju, wcale nie oznacza braku determinacji w ogóle. Przecież sam generał Petelicki zwykł nazywać ją wojownikiem. A artystka mówi o sobie, że jest perfekcjonistką. - Jeśli coś mi się nie uda, to staram się zanalizować porażkę, wyciągnąć wnioski. Myślę, że to sport mnie tak ukształtował i oczywiście rodzina. Kobiety w mojej rodzinie były zawsze bardzo dzielne. Przeżyły okupację, musiały zdobywać jedzenie, walczyć o życie swoje i bliskich. Byłam wychowywana w przekonaniu, że kobiety zawsze sobie radzą...

Niezłomny charakter piosenkarki kształtował się również na obozach sportowych. Mała Marylka była - w oczach swojej mamy - dzieckiem zbyt aktywnym. Gdzieś trzeba było tę energię skanalizować. Świetnie nadawały się do tego Szkolne Kluby Sportowe. Potem przyszła piosenkarka zaczęła trenować w klubie sportowym "Kujawiak" we Włocławku, gdzie - jak wspomina - o luksusach nie mogło być mowy: szatnie z powybijanymi szybami w oknach, toalety zamykane na gwóźdź. Ciężkie warunki panowały też na zgrupowaniach. - Mieszkaliśmy w szkołach. Nie było łazienek, raz w tygodniu prowadzano nas do łaźni miejskiej, a przecież trenowaliśmy dwa razy dziennie. Jedzenie też było, delikatnie mówiąc, nieszczególne - relacjonuje gwiazda polskiej piosenki.

Zdjęcie

Maryla Rodowicz z córką, Katarzyną Jasińską, z mężem Andrzejem Dużyńskim, i z synem Jędrzejem Dużyńskim
/MWMedia /AKPA

Gdy Maryla Rodowicz zaczynała swoją estradową działalność, była studentką Akademii Wychowania Fizycznego. Trzeba przyznać, że nie utraciła sportowego ducha. - Wciąż mam w sobie zapał, żeby zdobywać nowe szczyty... Moja praca zmusza mnie do aktywności i dbania o siebie - potwierdza artystka, która z biegiem lat nabrała pewności na scenie. Do tego stopnia, że dziś jest niczym prawdziwe zwierzę sceniczne. Choć gwiazda przyznaje, że czasami nie chce jej się opuszczać rodziny, by ruszyć w trasę koncertową. Wśród domowników, którzy tęsknią, gdy wyjeżdża, znajduje się kilka... kotów. - Koty są moją wielką radością, zwłaszcza Kazimierz, który jest moim osobistym kotem - z dumą podkreśla Maryla Rodowicz. - Mam z nim silną więź psychiczną. Nawet jak wychodzę z domu na kilka godzin, to widzę w jego spojrzeniu mnóstwo żalu. Więc mu tłumaczę, że wrócę za kilka godzin. Ale on w to nie wierzy. A gdy wracam po kilku dniach, to jest na mnie obrażony. Kot jest najbardziej szczęśliwy, gdy wszyscy domownicy są w domu.
Do zwierząt w domu przekonał się nawet mąż artystki. Jak ona pokochał koty, a zwłaszcza Kazika, który cieszy się szczególnymi względami. - Ten kot może wszystko. Nawet z nami je. Ma swoje miejsce na stole. Ma swój talerzyk. Jest członkiem rodziny. Dla niego kupowana jest świeża szyneczka, a nie każdą lubi - zdradza piosenkarka.

Ciepło ogniska domowego sprawia, że znana ze sceny jako kolorowo i krzykliwie wystrojona gwiazda, Maryla Rodowicz przechodzi istną metamorfozę. - Gdy przychodzę do domu, od razu się przebieram. Chodzę boso, w starych t-shirtach i legginsach. Czuję się bardzo swobodnie i właściwie mało mówię. Lubię posiedzieć w Internecie, ugotować coś dobrego, a w sezonie letnim przygotować grilla - wylicza artystka.

Jeśli chcesz dowiedzieć się, dzięki czemu Maryla Rodowicz zyskuje nowe pokłady energii, kto w jej ponad stuletnim domu hałasuje w okolicy kredensu z kieliszkami, dlaczego nie została właścicielką klubu piłkarskiego i jakim jest kibicem, zapraszamy do lektury wywiadu w 32. numerze "Tele Tygodnia"!

Zdjęcie

Maryla Rodowicz /  /MWMedia
Maryla Rodowicz
/ /MWMedia


Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Reklama