Reklama

Olbrychski dzień zaczyna w stajni

Niedziela, 14 października 2012 (06:00)

Jeździectwo to pasja Daniela Olbrychskiego. Wykorzystał ją w scenach z „Popiołów”, „Pana Wołodyjowskiego”, „Potopu” oraz „Ogniem i mieczem”. Teraz, jako generał artylerii koronnej – Marcin Kątski, przyczyni się walnie do wiktorii wiedeńskiej w najnowszym filmie historycznym.

Zdjęcie

Gdyby nie przypadek, determinacja, ale też ciężka praca, mógł w ogóle nie zostać aktorem. Teraz jest jednym z najbardziej zasłużonych polskich artystów. /fot  /AKPA
Gdyby nie przypadek, determinacja, ale też ciężka praca, mógł w ogóle nie zostać aktorem. Teraz jest jednym z najbardziej zasłużonych polskich artystów.
/fot /AKPA


Do galerii ról historycznych dokłada Pan właśnie jeszcze jedną - przemyślnego stratega, generała artylerii - Marcina Kątskiego, który w "Bitwie pod Wiedniem" u boku Jana III Sobieskiego wydatnie przyczynił się do zwycięstwa nad Turkami.

- Piękna to karta w historii polskiego oręża. Nasza husaria rozbiła obóz turecki, odsunęła zagrożenie idące ze Wschodu. Zabawne o tyle, że tak oto obroniliśmy Europę przed Turkami, ale jednocześnie obroniliśmy naszych późniejszych zaborców. Turcy po zdobyciu Wiednia nie planowali iść na Polskę, tylko na Moskwę, być może więc zagroziliby naszemu głównemu zaborcy. A tak uratowaliśmy ich wszystkich, a w sto lat później Polski już nie było. Film oczywiście obejrzy cała Europa - szkoda jednak, że zrobiła go telewizja włoska, a nie polska.

Zdjęcie

Uwielbia jeździć konno, a na konnych przejażdżkach spędza niemal każdy poranek.
/fot /AKPA

Cóż, to Włosi wpadli na pomysł.

- Ale przecież proponowali nam intensywny udział w tej produkcji! I w spodziewanych zyskach, a film na pniu kupiło 26 telewizji europejskich, wiadomo było, że to nie są wyrzucone pieniądze. Tymczasem polska telewizja nie zdecydowała się na koprodukcję. To nie polscy kaskaderzy, nie polscy kostiumolodzy, nie polskie konie na tym filmie zarobili. Zarobili Włosi, Niemcy, Turcy i Rumuni. Znowu po polsku tę bitwę "wygraliśmy".

Widzowie są wdzięczni za te wszystkie Pana kostiumowe role.  Ale chyba nie jest tak, że Pan taką akurat specjalizację kiedyś sobie zaplanował?

- Wszystko przypadek. Włącznie z tym, że moje życie z pewnością potoczyłoby się inaczej, gdybym się nie zawziął już w klasie maturalnej...

A co w takim razie zdarzyło w ostatniej klasie liceum?

- Nie przykładałem się do nauki. Zamiast chodzić do szkoły albo uprawiałem sport, albo podszczypywałem panienki. Ale zdarzyło mi się już wtedy recytować "Kwiaty polskie" w telewizji. Pięć dwój na półrocze i zagrożenie niedopuszczeniem do matury - dopiero wtedy postanowiłem pokazać nauczycielom, że dam radę. Poręczyli za mnie nauczycielka francuskiego i wuefista. I tę maturę zdałem. Gdybym nie zdał, w ‘63. nie poszedłbym do szkoły teatralnej. Więc rok później rektor Kreczmar nie mógłby polecić mnie Wajdzie, który akurat szukał kogoś do "Popiołów"... A jakbym się rozminął z "Popiołami", za rok nie pojechałbym do Cannes, gdzie film obejrzał cały świat. Wtedy też Hoffman, szykując "Potop", nie zauważyłby, że jest chłopak w dobrym wieku, który jeździ konno i już coś umie.

Zdjęcie

Z Krystyną Demską-Olbrychską są małżeństwem 9 lat.
/fot /AKPA

Na szczęście przed maturą nie narozrabiał Pan jednak za bardzo.

- I na szczęście postanowiłem zrobić na złość profesorom... Polska literatura na ekranie okazała się bardzo fotogeniczna. "Popioły" Żeromskiego, sienkiewiczowska Trylogia... - te wielkie, piękne filmy zawsze było pretekstem do dyskusji o polskich losach, o historii. Cieszę się, że mogłem w nich zagrać. A zagrałem właściwie we wszystkim poza "Nocami i dniami".

Ja wiem, że jeśli jest Pan na planie, to jest szaleństwo - praca od szóstej rano, do nocy. A jak wygląda Pana codzienność, gdy nie jedzie Pan na plan, ani do teatru?

- Dzień zaczynam w stajni, właśnie od koni. Wcześniej najwyżej napiję się kawy. Jeżdżę przynajmniej godzinę, a potem dopiero jemy z żoną pyszne śniadanie, które robi właśnie Krysia. Policzyłem, że bez względu na plan czy wieczorny spektakl w teatrze, jestem w siodle przynajmniej 250 dni w roku.

Zdjęcie

Wystąpił też w jednym odcinku serialu "Wiedźmin" w roli Filavandrela, króla elfów.
/fot /AKPA

Sympatyczne, że aktor o Pana nazwisku nie stroni od seriali, których niektórzy aktorzy po prostu się wstydzą. Pojawia się Pan na przykład w "Klanie"!

- Wątek w "Klanie" został napisany specjalnie dla mnie, ale szczegółów na razie zdradzić nie mogę. Fanem polskich seriali byłem zawsze. Gram starego glinę w "Komisarzu Aleksie". I mam rolę ojca Maksa, trochę szemraną postać w "Lekarzach"... Praca w serialu to dla aktora niezły trening, trzymający w dobrej formie. Dziś się wyspałem, pojeździłem konno, poczytałem, rozmawiam z panią, a za chwilę pojadę na plan do "Klanu". I to są stałe, uczciwie zarobione pieniądze.

Po wojażach związanych z pracą w filmie i serialu, lubi Pan wracać do Podkowy Leśnej, do swojego domu? To tu jest najlepiej?

- Bardzo lubię ten dom. I nasze zwierzęta - poza koniem jest suczka york - Pipi, która wszystkimi rządzi i dwie kotki - Basia i Czesia. Ostatnio odziedziczyliśmy dzikiego kota, krzyżówkę serwala z kotem bengalskim, po zmarłym niedawno Waldku Koconiu. Zdążyliśmy pokochać kota. Wydawało się, że on nas też. Ale zaginął kilkanaście dni temu. Szukamy go wszędzie. Wierzymy w ludzką uczciwość...

Rozmawiała Bożena Chodyniecka

Pełna wersja wywiadu - z którego dowiecie się, czy Daniel Olbrychski zapuszczał do ról wąsy, rola w której produkcji jest dla niego szalenie ważna, oraz z kim uwielbia rozmawiać godzinami - w 42. numerze "Tele Tygodnia".

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama