Reklama

Piotr Szwedes o roli w serialu "Bodo"

Wtorek, 10 maja 2016 (09:35)

Rewelacyjny jako dyrektor teatru Qui Pro Quo Jerzy Boczkowski. Piotr Szwedes przyznaje, że na planie serialu „Bodo” to właśnie on wpadł na pomysł, by tę postać wyposażyć w fajkę...

Nie byłoby opowieści o polskim przemyśle rozrywkowym 20-lecia międzywojennego bez Jerzego Boczkowskiego, legendarnego animatora życia kulturalnego stolicy.

Rzeczywiście, postać to barwna i bardzo znacząca dla naszej kultury scenicznej. Był kompozytorem, reżyserem, dyrektorem, a z czasem współwłaścicielem paru warszawskich scen, m.in. słynnej Qui Pro Quo, którą zawiadywał od 1921 r.

Miał ogromny talent do prowadzenia przedsięwzięć teatralnych i gromadzenia wokół siebie wybitnych artystów. Wielu zawdzięcza karierę właśnie Boczkowskiemu, który sprawnymi posunięciami menedżerskimi potrafił uczynić z nich gwiazdy pierwszego formatu, sam pozostając w cieniu. Dla niego liczył się tylko teatr.

Wcielając się w tę postać, dał Pan jej nie tylko ciało, ale i duszę.

Mam niespożytą energię, no i materia była „wybuchowa”, że aż chciało się grać! Reżyser Michał Kwieciński musiał mnie gasić: – Spokojnie, masz to w oczach – komplementował.

W serialu widzimy dyrektora z nieodłączną fajką. Podobno to Pana pomysł?

Fakt, wydłubałem gdzieś informację, że Boczkowski nie rozstawał się z nią i z tego powodu współpracownicy zwali go „Fają”. Nie wiem, dlaczego nie było tego w scenariuszu. Uparłem się, taki rekwizyt pomaga budować rolę, podobnie jak różne gesty charakterystyczne dla danej postaci.

Michał Kwieciński, początkowo niechętny pomysłowi, z obawą, że fajka zdominuje bohatera, w końcu przyznał mi rację, co cieszy.

Jak Pan wspomina pracę na planie?

Było z rozmachem, a jednocześnie z dbałością o każdy szczegół i postać. Michał miał czas dla wszystkich – kilka scen balu, na którym przedstawiają mi Bodo, kręciliśmy w wynajętych, ogromnych wnętrzach Twierdzy Modlin przez całą noc, w obecności kilkuset statystów!

Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie miejsce urzędowania Janusza Warmińskiego, dyrektora Teatru Ateneum (w serialu jako Qui Pro Quo) w którym „dyrektorowałem” przez kilka dni. Takich rzeczy się nie zapomina!

Minęło prawie 100 lat od czasów, które pokazujecie. Teatr się zmienił?

I tak, i nie. Wówczas miał głównie formę muzyczną, spotkałem się nawet z określeniem: kabaret Qui Pro Quo – co jest zasadne o tyle, że na scenie zazwyczaj się tańczyło i śpiewało, i to na wesoło. Takie było zapotrzebowanie społeczne – ludzie zmęczeni wojnami, kryzysem, szukali w sztuce pociechy, zapomnienia.

Teatr międzywojenny tę funkcję spełniał znakomicie, chociaż teraz, nie mając wojen na karku, ludzie w Polsce także chodzą częściej na rzeczy, które bardziej pocieszą niż zdołują.

Pan sam zajmuje się produkcją teatralną i reżyserią. Można rzec – taki Boczkowski wiek później!

Schlebia mi to porównanie, staram się trzymać poziom. Produkcja pojawiła się kilka lat temu, gdy wystawiliśmy razem z Bogumiłem Osińskim na zamku w Rynie sztukę „Przepraszam, czy tu straszy”, napisaną przez Marię Czubaszek specjalnie dla nas. Świetne miejsce, jeszcze tam wrócimy.

Zachęcony powodzeniem, wyprodukowałem komedię kryminalną „Pół na pół” w reżyserii Wojciecha Malajkata, z Piotrem Polkiem i mną w obsadzie. Znowu sukces, Polska zaświadczy...

Niebawem, po konsultacjach z autorami z Madrytu, premiera w Warszawie. Poszedłem zachodnim stylem: najpierw kraj, potem stolica. Tak też jest ze sztuką „Wszystko przez Judasza” w mojej reżyserii czy stand up-em Artura Andrusa „Godzina z pożycia mężczyzny”. A w planach jest ich dużo więcej.

Gra Pan w Teatrze Syrena i występuje gościnnie w innych. Znajduje Pan chwilę dla siebie, dla rodziny?

Nie wiem, jak ja to robię. (śmiech) Bo jeszcze „Hiszpańska mucha”, „Plotka”, „Pajęcza sieć”. Rodzina to Szymonek, Zuzia oraz Martynka… A żona? Jest tylko jedna. To z myślą o nich działam na wielu frontach, lecz zawsze tak, by z każdego spektaklu, eventu czy planu wrócić do domu, choćby było nie wiem jak późno i daleko.

Na szczęście mamy dziś nowoczesne środki komunikacji i autostrady. Boczkowski mógłby tylko pomarzyć…

Rozmawiała Jolanta Majewska

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama