Reklama

Pręgowski: Ludzie jak talizmany

Poniedziałek, 25 czerwca 2012 (16:12)

Na stare drewniane budowle Piotr Pręgowski mógłby patrzeć godzinami. Na pchlich targach wyszukuje przedmioty z dawnych czasów. Kiedyś wierzył, że mają magiczną moc. Teraz ich funkcję pełnią bliscy ludzie - to jego talizmany.

Zdjęcie

/fot  /AKPA
/fot /AKPA

Lubi Pan kolekcjonować starocie i buszować na pchlim targu. Czego Pan tam poszukuje?

- Takie miejsca mają duszę. Stale podkreślam, że mam obsesję na punkcie starego drewna. Sam nie rzeźbię, ale uwielbiam podziwiać dawne budowle, takie jak ratusze, staropolskie chałupy czy młyny. Inspiruje mnie każdy ich element. Na ręcznie robione belki, maszyny czy podłogi z desek mógłbym patrzeć godzinami. Każdy przedmiot skrywa w sobie jakąś historię i tajemnicę. Zgłębianie jej jest jak poszukiwanie skarbów. 

Zdjęcie

/fot /AKPA

Jak żona wytrzymuje pasję polegającą na znoszeniu do domu kolejnych bibelotów?

- Próbowała się buntować, ale powiedziałem jej w żartach, że dzięki temu nie jest najstarsza w domu (śmiech). Kocham moje starocie.

Któraś z tych rzeczy jest Pana talizmanem, z którym nie potrafi Pan się rozstać?

- Talizman jest jak modna sukienka, czy wakacyjny przebój - szybko się z nich wyrasta. Można je porównać do ludzi, którzy wkraczają do naszego życia, ponieważ coś nas z nimi łączy, a odchodzą, kiedy w naturalny sposób nasze drogi się mijają. Kiedyś miałem pewien przedmiot, któremu przypisywałem wyjątkową moc. Na aktualnym etapie mojego życia talizmanami są żywe istoty, które mnie otaczają. Ukochane osoby, ulubione zwierzęta i rośliny to moje największe talizmany.

Wiosną zawsze ucieka Pan do swojego domu na wsi, by spędzać z nimi więcej czasu?

- Wiosna, a zwłaszcza maj to okres niespełnionych obietnic (śmiech). Tegoroczny był jednak wyjątkowo pięknym miesiącem. Zamiast wypominać sobie, co mi się nie udało, spędziłem z żoną całą wiosnę w naszym domu na wsi. Nasze bzy i akacje zakwitły tak, że uginały się od kwiatów, niczym w rajskim ogrodzie! A ptaki, które dokarmiamy co roku, wyprawiały prawdziwe muzyczne orgie! Kiedy ktoś do nas dzwonił, myślał, że odtwarzamy sobie odgłosy natury na jakimś sprzęcie.

Często obserwuje Pan ptaki. Chciałby Pan tak jak one latać?

- Niebo mnie pasjonuje, ale po pierwsze, nie posiadam pieniędzy, żeby kupić sobie solidną latającą maszynę, a po drugie, latanie to niebezpieczny sport. Gdybym nie miał rodziny, pewnie bym zaryzykował, ale zbyt poważnie traktuję ludzi, z którymi łączą mnie życiowe zobowiązania. Nie chciałbym postawić ich w trudnej sytuacji, gdyby coś mi się stało.

Właśnie zakończyła się szósta transza "Rancza". Możemy spodziewać się kolejnej?

- Rzeczywiście, zapowiada się pracowita jesień. Niedługo zaczynamy następną serię "Rancza". Mam także kilka propozycji teatralnych, do których się przymierzam. Jedna z nich jest nawet pisana z myślą o mnie. Dodatkowo realizuję projekt "Festiwal piosenki ranczerskiej: Wilkowyjce". Każdy, kto chciałby wziąć w nim udział, musi nagrać dowolny utwór o Pietrku lub Joli i wysłać go do mnie. Uczestnicy nadsyłają mi wspaniałe piosenki! Finał już 15 lipca nad przepięknym jeziorem w miejscowości Skępe - jest tam cudowny klimat i balsamiczne powietrze! Mam nadzieję, że wszyscy będziemy się dobrze bawić.

Festyny są Panu bliższe niż bankiety?

- Uwielbiam kontakt z ludźmi i rodzaj energii, który się tam wytwarza. Dzięki temu mogę powiedzieć, że nie korzystam już z popularności, ale się w niej tarzam. Jestem jednak częścią show-biznesowej machiny, dlatego od czasu do czasu lubię wyciągnąć z szafy fajną marynarę i poudawać, że jestem gadżeciarzem (śmiech). Ale wśród ludu czuję się znakomicie.

Opowiada Pan wtedy anegdoty o show-biznesie?

- Nie ma się co oszukiwać, ale show-biznes to poważniejsza nazwa i rozdmuchana interpretacja dla odpustu. Dawniej na miejskim rynku, obok ludzi handlujących kapustą czy ogórkami, gromadzili się kuglarze i połykacze ognia. Jeden robił miny, drugi stanął na rękach, a trzeci rzucił im dukata, kilka jajek czy pęto kiełbasy. Teraz mamy od tego telewizję. Błazny są w cenie! Kto przykuje uwagę, ten ma powodzenie. A ludzie są tylko ludźmi. Nie zawsze są odporni na pokusy.

Brutalna prawda?

- Niczego nie neguję i niczemu nie zaprzeczam. Mam zdolnych kolegów i cieszę się, że jest konkurencja wśród aktorów. Dzięki niej odbiorcy dostają dobry produkt. Dla wszystkich jest miejsce.

Pana córka stawia pierwsze kroki w tym świecie. Jak go postrzega?

- Zofia ma nadzieję, że będzie się mogła spełniać. Studiowała już fotografię, teraz kończy wydział reżyserii. Jest świadoma, że życie ma słodko-gorzki smak, dlatego należy cieszyć się chwilą. A artyści? To tylko ludzie. Wiele osób ma pseudonim, kupuje sobie wyższe buty i opowiada odważniejsze dowcipy. Po prostu raz ogląda ich kilka osób, innym razem kilka milionów.

Udziela jej Pan przestróg i porad?

- Nie, ponieważ ludzie nigdy ich nie chcą, a ja nie jestem poradnią psychologiczną prowadzającą analizy osobowości (śmiech). Każdy powinien sam określić granice swojego zachowania. Łatwo się pogubić, ale zawsze warto być przyzwoitym.

Agnieszka Tomczak - AKPA

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

teletydzien.pl/AKPA

Reklama