Reklama

Przemysław Stippa: Marzy mi się małe szaleństwo

Wtorek, 10 maja 2016 (09:35)

Władek, którego gra w „Barwach szczęścia”, ma teraz nie lada dylemat. – Ja też czekam na wyzwania – mówi Przemysław Stippa.

Rzadko kiedy aktorzy rozbierają się na scenie. A Pan to zrobił! W teatrze w Lublinie w „Mistrzu i Małgorzacie”. Nie miał Pan wątpliwości?

Nagość to rodzaj kostiumu. Ciało też opowiada historię postaci, jest językiem teatru. Nie uciekam od tego.

A nie przeszkadza Panu to, co snuje się wtedy po głowie? Na przykład brak wystarcza jąco okazałego „kaloryfera” albo bicepsów?

Kompleksy pojawiają się nie uchronnie, ale nauczyłem się z nimi walczyć. Kiedy się zrozumie, że nie chodzi o to, by widza onieśmielać czy epatować nagością, lecz by mu coś więcej w ten sposób opowiedzieć, wykonanie aktorskiego zadania przychodzi bez wstydu.

Z tym że na gości trzeba używać świadomie. Ja już się tego nie boję – seksualność jest przecież ol brzymią częścią naszego życia. To wciąż temat tabu, ale zdaje się, że większość ludzi ma z nią problemy. Tym bardziej trzeba o niej opowiadać.

Imponuje mi Pan też dlatego, że zgodził się w „Barwach szczęścia” grać geja. Mówił Pan, że walka z nietolerancją to w Polsce ważna sprawa do załatwienia. Ale nie musi Pan teraz odpierać napaści? Na przykład w swoim rodzinnym Złotowie?

Może wywołuję wilka z lasu, ale do tej pory nie spotkałem się z odrzuceniem ani agresją ze strony widzów. Raczej zbierałem podziękowania i gratulacje, które mobilizowały mnie do pracy.

Teraz w powietrzu wisi coming out serialowego Darka – piłkarza (w tej roli Andrzej Niemyt – przyp. red.), który, jak wszystko wskazuje, jeśli nie ujawni swoich preferencji seksualnych, nie ma szans być z Władkiem.

No tak, akcja idzie w tę stronę. W serialu staramy się rozbrajać stereotypy, bo w życiu nigdy nie ma sytuacji zero-jedynkowych, zawsze są światłocienie. Stąd pojawienie się Darka, mężczyzny, który jest piłkarzem, uprawia supermęski zawód, kojarzony z górą testosteronu, a niewykluczone, że pragnie czułości i bliskości z osobami tej samej płci.

Pokazanie takiej historii w popularnym serialu to okazja dla widza, aby przyjrzeć się jej poza uprzedzeniami, od ludzkiej strony.

Ma Pan 35 lat i – jak twierdzą recenzenci – jest Pan na fali. Co dalej? Jakieś kolejne ryzyko?

Ryzyko, żeby się utrzymać na tej fali… (śmiech). I żeby niosła jak najdłużej. Teraz jest dla mnie dobry czas i wciąż czekam na wyzwania, także te ryzykowne, ale wiem, że mogą zdarzyć się potknięcia. One też są potrzebne, bo uczą pokory i dystansu.

Nie boi się Pan ryzyka? Lubi Pan szybką jazdę szybkim autem?

Lubiłbym bardzo! Niestety, nie mam takich środków, żeby kupić sobie jakiś szybki wóz.

Wziąłby Pan udział w wyprawie na ośmiotysięcznik?

Tęsknię do takiego szaleństwa, ostatnio poruszył moją wyobraźnię film „Everest”. Ale prawda jest taka, że prowadzę normalne życie bez szaleństw. A i tak walczę z kontuzjami, bo na scenie pozwalam sobie na dużo więcej niż powinienem.

Na co Pan sobie teraz pozwala?

Na jedno z upragnionych wyzwań – spotkanie z litewskim reżyserem Oskarasem Korsunovasem. Mierzę się z rolą Angela w szekspirowskiej sztuce „Miarka za miarkę”.

Rozmawiała Bożena Chodyniecka

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama