Reklama

The Voice of Poland. Tomasz Kammel: Emocji nie da się wyłączyć

Czwartek, 25 kwietnia 2013 (11:55)

– Trenerami czasem trzeba wstrząsnąć lub nawet na nich nakrzyczeć, żeby wybrali dobrego wokalistę – śmieje się prowadzący. – Za kulisami napięcie jest nierzadko większe niż na scenie! – dodaje z entuzjazmem.

The Voice of  Poland to ogromne emocje dla uczestników. Czy prowadzącym też się one udzielają?

– I to jak się udzielają! Jesteśmy tam, wspieramy ich i emocji nijak nie da się wyłączyć. Bardzo często nasze opinie, myślę, że mogę śmiało mówić za siebie i za Marikę, są różne niż opinie trenerów. Zdarza się nam krzyczeć do nich z backstage’u, aby się jednak ogarnęli i odwrócili.

A jak Pan postrzega rolę prowadzącego?

– Dla uczestników jestem wsparciem i pocieszycielem. Dla trenerów niby srogim stróżem dyscypliny. Straszne z nich gaduły. Muszą szybko podjąć decyzję, a zdarza im się zapuścić w gęsty las rozważań o muzyce. Szczególnie podczas pojedynków ringowych, które widzowie mogą oglądać od 6 kwietnia, byłem okropnie czepialski.

Czy ma Pan swojego faworyta, a może kilku…

– Nie mam jeszcze faworytów, ale jest kilkoro wokalistów, których występy zapadły mi w pamięć. Są też tacy, którzy odpadli, ale pamiętam ich, bo są sympatycznymi, pełnymi optymizmu ludźmi.

Widzowie oglądają to, co producenci chcą pokazać, a jak naprawdę wygląda plan programu?

– Nie różni się tak bardzo od tego, co widać w telewizorze. Żarty i utarczki między trenerami, które oglądają widzowie, nie są w żaden sposób reżyserowane. Co więcej – potknięcia, takie jak niegroźny upadek jednego z operatorów kamer, można było zobaczyć w programie, więc cięcia są kosmetyczne. Stawiamy na prawdę.

Z Mariką tworzycie bardzo zgrany duet. Udało Wam się znaleźć wspólny język?

– Bardzo szybko. Marika ma swój styl, jest bezpardonowo bezpośrednia, ale zawsze ma klasę. Jest też dostojna. Szybko odnalazła się w roli prowadzącej choć, jak sama podkreśla, to jej debiut. Lubię z nią pracować.

Dla Mariki to debiut, a Pan jest już doświadczonym prezenterem. Daje jej Pan koleżeńskie dobre rady?

– Zdarzyło nam się wymieniać doświadczenia. Obydwoje często stoimy na scenie, tylko w dwóch innych sprawach. Ona śpiewa, ja mówię. Kiedy musiała wkroczyć na moje pole, kilka spraw przedyskutowaliśmy. Ja z kolei, dzięki jej podpowiedziom, mogłem zrozumieć niektóre decyzje trenerów. Kilka razy wskazała mi, kiedy uczestnik kompletnie sobie nie poradził wokalnie, czego ja nie potrafiłem usłyszeć.

Może wybierze się Pan do Mariki na lekcje śpiewu?

– Nie! Śpiewać nie potrafię i to się już raczej nie zmieni (śmiech).

Rozm. EWA POKRYWA

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama