Reklama

Urszula Chińcz o wakacjach i programie, w którym można wygrać dom

Poniedziałek, 18 lipca 2016 (10:36)

Ciepła, miła, życzliwa. Ale teraz, jak sama mówi, będzie posłańcem zarówno dobrych, jak i złych wiadomości. Jak się czuje w roli gospodyni programu, którego uczestnicy walczą o wielki dom?

Przed Panią nowe zawodowe wyzwanie – „Dom marzeń”. Co w nim zobaczymy?

To program, w którym bierze udział dziesięć par. Wspólnymi siłami budują dom, który potem wygra jedna z nich. W kolejnych odcinkach pary będą eliminować się nawzajem, a w ostatecznej rozgrywce o tym, kto wygra, zdecydują widzowie.

Ja towarzyszę uczestnikom w ich zmaganiach, jestem takim posłańcem dobrych i złych wiadomości. Z jednej strony będę miała szansę oderwać uczestników od codziennej ciężkiej pracy na budowie, a z drugiej – prowadzę także najtrudniejszy moment, czyli eliminacje…

Główny atut programu?

Niezwykli uczestnicy! Są w różnym wieku, pochodzą ze wszystkich zakątków Polski, wykonują przeróżne zawody i mają zupełnie inne pasje. Wszyscy są też bardzo zdeterminowani. Kiedy wchodzą na budowę, widać, że starają się pracować jak dla siebie. No i mamy świetnego szefa budowy!

Wiesiek Skiba, kiedy trzeba, jest twardy i nieugięty, a kiedy indziej poklepie po plecach i pochwali. Człowiek torpeda!

Niebawem miną dwa lata od Pani debiutu w „Dzień Dobry TVN”. Jak Pani podsumowuje ten czas?

Znakomicie! Mam poczucie, że rozwinęłam skrzydła. Dużo podróżowałam, zdobyłam nowe doświadczenia. Nauczyłam się, jak realizować reportaże w terenie, niekiedy w bardzo trudnych warunkach. Zwłaszcza że często musiałam rozmawiać w wyjątkowych miejscach, na łodzi, końskim grzbiecie, stromym dachu.

A co ze stresem?

Przyznam, że „na lajfie” zawsze mam tremę. Z czasem jednak nauczyłam się postrzegać to jako zaletę, bo każdą wpadkę można „ograć”, wykorzystać jako okazję do żartu. Wszyscy się mylimy, przejęzyczamy, tylko w telewizji jest to bardziej widoczne.

Którzy z rozmówców zrobili na Pani największe wrażenie?

Jamie Oliver – cudowny, miły, ciepły człowiek, który wszystkich dookoła zaraża swoją pasją, i kapitan Zbigniew Gutkowski, z którym popłynęłam w rejs jego niezwykłym jachtem oceanicznym. Bałam się prędkości, choroby morskiej, wysokości, bo w pewnym momencie musiałam wejść na maszt, tymczasem była to fenomenalna przygoda!

Czy ma Pani wpływ na dobór tematów i gości?

Część tematów proponuję sama, pozostałe realizuję na zlecenie redakcji. Uwielbiam pokazywać ludzi z pasją. Najbardziej lubię tych „zwykłych niezwykłych”, którzy choć z pozoru wiodą spokojne życie, to robią jednak coś fascynującego.

Na przykład Łukasz Długowski, na co dzień dziennikarz, a w wolnych chwilach fan mikrowypraw (wypoczynku, który nie wymaga brania urlopu, w mieście lub okolicy – red.), na które może się wybrać każdy z nas. Lubię też tematy o charakterze poradniczym.

Co jest najważniejsze w Pani pracy: kontakty, intuicja, bezkompromisowość?

Chyba intuicja i przede wszystkim otwartość na ludzi. Każdy, kto występuje w telewizji, zwłaszcza jeśli wcześniej nie miał takiej okazji, bardzo się stresuje. A mi zależy na tym, aby gość zaprezentował się od jak najlepszej strony, żeby czuł się bezpiecznie, tak, jakbyśmy rozmawiali w cztery oczy.

Wybierze się Pani w tym roku na urlop?

W te wakacje jestem częścią niezwykłego przedsięwzięcia, jakim jest „Dom marzeń”. 31 sierpnia, w dniu finału, w odcinku na żywo stanę między dwiema parami, z których jedna wygra największą nagrodę w historii polskiej telewizji.

W tej sytuacji wakacje muszą poczekać. Mam nadzieję, że we wrześniu uda mi się wyjechać na kilka dni do ukochanych Włoch, by odpocząć porządnie po wielkich emocjach, jakie będą mi towarzyszyć przez całe lato!

Rozmawiał Artur Krasicki

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama