Reklama

Wojciech Cejrowski o podróżach i programie "Boso przez świat"

Czwartek, 15 października 2015 (10:32)

Uwielbia jeździć po świecie i przyglądać się plemionom, których obyczaje wielu z nas mogłyby zadziwić. Gdy gdzieś mu się spodoba, chętnie tam wraca. Popatrzmy razem z nim na Meksyk i Paragwaj.

W nowej serii postawił Pan nie tylko na Meksyk, ale też na Paragwaj. Dlaczego?

To bardzo proste. Dla zwyczajnego turysty Paragwaj nie jest aż tak atrakcyjny, ale dla mnie... Proszę mi wierzyć, to Kraina Radochy i Prostoty. Pozornie mamy do czynienia z krajem gorszym od Polski. Niższy poziom cywilizacyjny, fatalne warunki życia, trzeci świat, a jednak ludzie właśnie tam odczuwają prawdziwą radość.

Czy to nie dziwne, że to Paragwaj jest na czele światowej listy krajów, w których ludzie przyznają się do najwyższego poziomu szczęścia?

Czyli nie musisz mieć dużo forsy, pracy, porządnego domu, bo inne rzeczy decydują o tym, że jesteś szczęśliwy.

Co najbardziej fascynuje Pana w tym właśnie kraju?

To, że władza państwowa właściwie niczego nie kontroluje. Na prawo jazdy się nie zdaje, tylko się je kupuje. W Polsce, czy w ogóle w Unii Europejskiej, na wszystko trzeba mieć zezwolenie z urzędu, podkładki, pieczątki, opłaty. W Paragwaju płacisz i... wymagasz. Gdy zapłacisz, urzędnik sam za ciebie wszystko załatwia.

I jest do petentów przyjaźnie nastawiony?

Podam prosty przykład. Jeden z naszych odcinków nosi tytuł „Miasto przemytników”, gdzie aż pół miliona ludzi zajmuje się przemytem towarów codziennego użytku między Brazylią a Paragwajem. Nie są to żadne narkotyki, tylko pralki, telewizory...

Jakiś facet niesie na plecach lodówkę i udaje, że to plecak. A celnik na granicy udaje, że tej lodówki nie widzi... Tak to działa.

Co jeszcze zrobiło na Panu wrażenie w trakcie realizacji programu?

Po raz pierwszy odwiedziłem Paragwaj w 2000 roku, mój brat był tam przez kilka lat misjonarzem, z tamtego czasu mam też paru dobrych kumpli. W Meksyku byłem w roku 1985, czyli 30 lat temu – nie przesadzajmy więc z tym „największym wrażeniem”.

Zanim zabiorę w jakieś miejsce ekipę, a w konsekwencji widzów, muszę porządnie poznać terytorium, które będziemy filmowali. Musi być oswojone przeze mnie, muszę je polubić. Wtedy „Wojciech Cejrowski. Boso...” jest radosne i edukacyjne, bo sam z radością wracam w miejsce, które nie dość, że wcześniej poznałem, to jeszcze mnie tak cieszy.

Jak za granicą ludzie reagują na to, że jest Pan Polakiem?

Po hiszpańsku mówię bez polskiego akcentu, więc nikt nie wie, że nasza ekipa pochodzi z Polski. A jeśli ja sam o tym wspominam? Kiedyś reakcje były entuzjastyczne. Działo się tak, dopóki żył Jan Paweł II. Teraz są raczej obojętne, czyli ani złe, ani dobre... Tak, jakby w Polsce powiedział pan komuś, że jest z Senegalu lub z Maroka.

Czy jakaś potrawa (napój) zrobiła na Panu podczas podróży szczególne wrażenie?

Nienawidzę rosołu z kury. Proszę mi dać gotowaną głowę małpy, pieczone robaki, żywe mrówki – wszytko zjem, bylebym nie musiał jeść rosołu.

Na jakie trudności w trakcie realizacji zdjęć w odległych krajach najczęściej Pan natrafia?

Co ciekawe, ja nie natrafiam na nie tam. Natrafiam na nie dopiero tu. W Polsce mój program wprawdzie jest odbierany jako fajny, dobry, bez zarzutu, ale jednak zdarzają się różne sytuacje... Jakaś telewizja nie będzie go nadawać, gdyż Cejrowski poza programem z serii „Boso...” zajmuje się również działalnością patriotyczną, antysystemową, antyunijną.

Z powodu poglądów politycznych wywalane już były z anteny moje programy podróżnicze lub muzyczne, nie mające absolutnie nic wspólnego z polityką.

Rozmawiał Artur Krasicki

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama