Reklama

Wojciech Pokora. Udał mi się hrabia

Poniedziałek, 5 października 2015 (10:32)

Zagrał wiele wspaniałych ról. Kto z nas ich nie zna i nie podziwia! Więcej o jego pracy, karierze i rodzinie dowiemy się z książki „Z Pokorą przez życie”, która jest już w sprzedaży.

Ile ról odrzucił Pan w życiu?

Myślę, że około stu, wszystkie filmowe. W teatrze nie rezygnowało się z ról. Aktor był na etacie i musiał podporządkować się ważnym osobom – dyrektorowi, reżyserowi itp.

Castingi?

Nie było wtedy mowy o czymś takim. Reżyser po prostu dzwonił do aktora z pytaniem, czy podjąłby się zagrania roli.

Powspominamy kręcenie „Rejsu”?

Przede wszystkim cały scenariusz był niedopracowany. Wszystko działo się się z dnia na dzień, a nawet z godziny na godzinę. Pamiętam, jak przyszedł do mnie Marek Piwowski i mówi: – Słuchaj, przeprowadziłbyś rozmowę z tą panią Krysią? – Spróbuję, ale o czym?. – O czym tylko chcesz! Kompletna spontaniczność.

Grali tam Zdzisław Maklakiewicz i Jan Himilsbach. Było wesoło?

Marek Piwowski ich sobie ukochał, mimo że obaj strasznie nadużywali alkoholu, szczególnie po skończonym dniu filmowym. Piwowski rano mówił: – Panowie! Nie pijcie wieczorem dużo, bo jutro macie scenę. – Jaką? – pytał zachrypniętym głosem Himilsbach. – Nie wiem, zobaczymy jutro. Następnego dnia siadali skacowani na ławeczce i gadali, a Piwowski wszystko kręcił, po czym wybrał z tego może jedną dziesiątą. To było świetne, bo oni nic nie udawali. Dialogi były w pełni naturalne, zupełnie nieplanowane.

W 1973 roku powiedział Pan: – Aktorstwo? Proszę pana, ja się do tego nie nadaję. To wciąż aktualne?

Powiem coś w tajemnicy Czytelnikom „Tele Tygodnia”. Nie nadawałem się i nadal się nie nadaję do filmu! Rzadko byłem zadowolony z granych przez siebie ról. Wyjątkiem jest hrabia Żorż Ponimirski w serialu „Kariera Nikodema Dyzmy”. Nawet nieźle mi to wyszło. Do dzisiaj słyszę od ludzi: – Wspaniała rola, genialny ten hrabia!

Czy żona podobnie ocenia Pańskie role?

A gdzie tam! Ona się ze mną nie zgadza! Jej zdaniem, zostałem pochopnie zaszufladkowany jako aktor komediowy, mimo że świetnie dawałem sobie radę w dramatach. Podobno żona ma zawsze rację, dlatego nigdy temu nie zaprzeczam…

Często jest Pan nazywany „ulubionym aktorem Stanisława Barei”. Jak się z nim współpracowało?

Jego scenariusze nie do końca były przemyślane. W takich sytuacjach pomaga improwizacja, szczególnie gdy jest prowadzona w dobrym kierunku. I jemu rzeczywiście się to udawało.

Stanisław Bareja był nazywany polskim Alfredem Hitchcockiem.

To dlatego, że musiał grać w każdym swoim filmie, tak jak Hitchcock. Mówił na przykład: – To ja w tej scenie przebiegnę przez ulicę, nikt inny! No i przebiegał. Do tego miał wyśmienity bimber, o którym więcej opowiedziałem w naszym wywiadzie rzece.

Jego filmy są pełne humoru. Czy na planie często żartował?

Nie rzucał dowcipami, za to chętnie śmiał się z kawałów opowiadanych przez innych. Zazwyczaj poważnie podchodził do pracy na planie i dzięki temu tworzył świetne filmy.

Pan też podchodził do pracy poważnie i dlatego do dziś tak bawią widzów Pańskie role.

Starałem się, choć nie wychodziło to tak, że byłem w pełni zadowolony. Nie oceniłbym siebie na szóstkę z plusem! Uważam, że dobrze zagrałem tylko wspomnianego już Żorża.

Nie zapominajmy o roli Stanisława Marii Rochowicza w filmie „Poszukiwany, poszukiwana”.

Zapominajmy, zapominajmy! Nie jestem zadowolony z tej kreacji. Miałem bardzo mało czasu na przygotowanie się do roli. Czas gonił, a my musieliśmy zdążyć, bo zaraz po zakończeniu zdjęć miałem jechać na upragnione wakacje do Bułgarii. Gdybym mógł dzisiaj cofnąć czas, na pewno nie przyjąłbym tej roli.

Rozmawiał Krzysztof Pyzia

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama