Reklama

Wójcik: Mówią na mnie badziewiarz muzyczny

Środa, 11 lipca 2012 (19:00)

Marcin Wójcik to fan Chelsea. Przyjaciel Górskiego.Muzyczny badziewiarz. Lider Ani Mru Mru.

Zdjęcie

Marcin Wójcik /fot  /AKPA
Marcin Wójcik
/fot /AKPA

Jakoś zawsze mi się wydawało, że był Pan punkowcem.

0 O nie! Nigdy też nie należałem do żadnej subkultury muzycznej. Oprócz tego, że w latach młodzieńczych byłem fanem Roxette. Ale nie na darmo mówią na mnie badziewiarz muzyczny, bo ja słucham wszystkiego. Od Adele po Rammstein.

Zdjęcie

Kabaret Ani Mru Mru
/fot /AKPA

Za to od lat jest Pan wiernym fanem Chelsea.

- O tak, od 95 roku! W tym roku po raz pierwszy w życiu płakałem przed telewizorem, kiedy Chelsea zdobyła tytuł Ligi Mistrzów. Jako subskrybent kanału Chelsea.TV wiem, co piłkarze robią w szatni, jak spędzają wolny czas, jak trenują. Mam koszulki z każdego sezonu, jestem platynowym klientem oficjalnego sklepu Chelsea w Londynie, bo zostawiam tam mnóstwo pieniędzy. Ale uważam, że raz w roku można.

Jest Pan też wierny Robertowi Górskiemu, z którym często Pan pracuje.

- Zaczęło się od tego, że nasze kabarety (Ani Mru Mru i Kabaret Moralnego Niepokoju) występowały wspólnie. Ze strony TVP 2 padła propozycja, by połączyć liderów tych kabaretów i wykorzystać ich wariactwo do tego, by stworzyć program, którego bylibyśmy gospodarzami. I to się udało, a my się zaprzyjaźniliśmy. Prywatnie lubię Roberta za to, że jest bardzo pozytywnym wariatem, megainteligentnym i megabłyskotliwym.

A jak to jest z innymi kabaretami - nie macie czasem siebie dosyć?

- Widzowie pewnie myślą, że się nie rozstajemy, a tymczasem większość przedstawień dajemy osobno. Spotykamy się co jakiś czas przy okazji różnych przeglądów i wtedy bardzo miło spędzamy ze sobą czas. Ale musimy uważać, bo takie dwu-trzydniowe spotkania poważnie odbijają się na naszym zdrowiu. Bardzo często przy okazji różnych kabaretonów pojawiają się jakieś wspólne projekty i to też jest taka rzecz, która daje nam oddech od naszej codziennej pracy.

Na przykład pomysł "Spadkobierców". Kto Pana najbardziej "gotuje" w tym serialu?

- Paradoksalnie najbardziej nie lubię grać z Robertem, bo on ma straszne tendencje do "kradzieży scen" - zawsze wszystko robi po swojemu. Pamiętam taką sytuację, kiedy Darek Kamys, pomysłodawca, poprosił nas, żebyśmy nie stosowali prostych chwytów i nie cisnęli na fekalia, seks i alkohol, tylko robili normalny serial. Wszyscy pokiwali głowami, po czym w pierwszej scenie wyszedł "Góral" i zapytał: Co tu tak śmierdzi? Ciężko gra się też z Markiem Grabie, serialowym doktorem Dreyfussem, bo on żyje w świecie odszczepionym od naszego. Jakkolwiek by nie była wymyślona jakaś scena, Marek odwróci ją na lewą stronę.

Ale to się właśnie bardzo podoba publiczności, która pęka ze śmiechu podczas Waszych występów. Ma Pan typ najbardziej pożądanego widza?

- Tak. To wysoka, zgrabna kobieta, która siedzi w pierwszym rzędzie i się śmieje ze wszystkiego, co powiem.

Rozmawiała Ewa Gassen-Piekarska

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Teleświat

Reklama