Reklama

Benedict Cumberbatch: Smoczy wdzięk

Czwartek, 3 kwietnia 2014 (09:37)

Podobno wszechstronnie utalentowany Benedict Cumberbatch nie cierpi, gdy prasa – zwłaszcza amerykańska – pyta go o pokrewieństwo z Dennisem Quaidem: – Być może mam w sobie coś z Dennisa, nie jestem jednak na tyle oderwany od rzeczywistości, by nie pamiętać, że moimi rodzicami są angielscy aktorzy Timothy Carlton i Wanda Ventham – przyznaje.

Ben, bo tak nazywają go przyjaciele, to bardzo ciekawy człowiek. Ma 183 cm wzrostu, głęboki, niepokojący baryton, talent malarski (jako nastolatek namalował kilka imponujących obrazów olejnych, które dziś wiszą w jego mieszkaniu) i wyjątkowy szacunek dla aktorstwa Roberta Downeya Jr.

– Nie dlatego jednak, że on również grał Sherlocka – przyznaje odtwórca tytułowej roli w słynnym serialu. – Po prostu podoba mi się, z jaką finezją wciela się w złych ludzi, którzy w jego wykonaniu stają się ogromnie atrakcyjni.

Sam Benedict zyskał rozgłos za sprawą roli słynnego fizyka Stephena Hawkinga („Hawking”, 2004). Dzięki niej zaczął się interesować czarnymi dziurami i zagadkami kosmosu.

Jako że los lubi pisać dziwne scenariusze, z problematyką zbliżoną do tej badanej przez Hawkinga spotkał się ponownie w 2013 roku, gdy J.J. Abrams powierzył mu rolę intergalaktycznego psotnika Khana („W ciemność. Star Trek”): – Fizyka to pasja, dzięki której odkryłem fantastykę – śmieje się Cumberbatch. My zaś przypominamy, że sprawdził się też jako fantastyczna postać z zupełnie innej beczki, czy raczej... innego skarbca pomysłów.

On to bowiem użyczył głosu Nekromancie i smokowi Smaugowi w 2. części przygód „Hobbita”. – Starałem się, by moje smoczysko przypominało do szpiku kości zepsutego, angielskiego dżentelmena – przyznaje. Zastanawiają się Państwo, czy kiedykolwiek zagrał nieudacznika? Naturalnie, i to na medal, w dramacie „Sierpień w hrabstwie Osage”. To pewne, że jeszcze nie raz nas zadziwi.

MAM

Artykuł pochodzi z kategorii: Rozmaitości

Tele Tydzień

Reklama