Reklama

Policjantem jest się przez całe życie

Wtorek, 5 czerwca 2012 (14:18)

Każdy, kto choć raz oglądał odcinek "Detektywów", kojarzy jego twarz. Jeszcze kilka lat temu Maciej Friedek mógł niepostrzeżenie przejść przez ulicę i tropić prawdziwych kryminalistów. Z okazji setnego odcinka serialu wspomina tamte czasy i zdradza, czy bardziej czuje się policjantem, czy aktorem.

Zdjęcie

/fot  /AKPA
/fot /AKPA


Zanim trafił Pan do serialu "Detektywi" był Pan policjantem. Czuje się Pan nadal stróżem prawa?

- Przez pierwsze dwa lata nie miałem dystansu do mojej nowej pracy. Miałem problem z zaakceptowaniem swojego głosu i aparycji przed kamerą, czułem, że telewizja to nie mój żywioł. Nie mogłem już wrócić na służbę do policji kryminalnej, bo stałem się za bardzo rozpoznawalny. Jednak zgrana ekipa aktorska, na którą zawszę mogę liczyć, przekonała mnie, żebym został.

Zdjęcie

/fot /AKPA

Koledzy pomogli Panu poczuć się aktorem?

- Aktor to zbyt duże słowo, mimo świadomości, że wielu z nich, podobnie jak ja, to samouki. Od początku serialu gram postać bardzo zbliżoną do mnie, choćby dlatego, że użyczam jej własnego nazwiska. Na ekranie jestem sobą, ale zdradzę, że Maciej Friedek po godzinach ma większe poczucie humoru. Detektywowi nie przystoi przecież być żartownisiem (śmiech).

Dzięki serialowi zdobył Pan warsztat i serce poznanej na planie Karoliny Lutczyn. Żona, z zawodu aktorka, udziela Panu wskazówek?

- Nieustannie! Od jakiegoś czasu chodzimy na premiery jednego z krakowskich teatrów, na których amatorzy sztuki tworzą etiudy filmowe i teatralne. To bardzo kameralne spotkania. Bywa, że dzień wcześniej ustalają scenariusz przez telefon. W przyszłości chciałbym spróbować takiej formy aktywności. To dodaje odwagi do sprawdzania się w różnych rolach i okazję do poprawienia dykcji.

Na co dzień nie brakuje Panu adrenaliny związanej z poprzednim zawodem?

- Jako policjant musiałem opanować sztukę przetrwania, ponieważ akcje, w których brałem udział, były autentycznym zagrożeniem, a ja miałem dla kogo żyć. Emocje na planie są zupełnie inne. Najbardziej wyzwala je świadomość bycia ocenianym, bo granica między tremą dodającą skrzydeł, a taką, która paraliżuje jest bardzo cienka. Na szczęście przestałem już przejmować się "spływającym make-upem i rozwianymi włosami". Nie tylko kobiety mają z tym problem (śmiech).

Jako byłemu policjantowi zdarza się Panu interweniować w niebezpiecznych sytuacjach na ulicy?

- Policjantem się jest przez całe życie. Zdolność dostrzegania podejrzanego zachowania dużo wcześniej niż osoby "cywilne" pozostaje. Nieprzewidziane sytuacje zdarzają się nawet na planie, który - by zachować naturalność - stanowią niezabezpieczone ulice. Kiedyś pewien człowiek, z niewiadomych przyczyn, chciał uderzyć reżysera i, gdyby nie moja interwencja, pewnie by mu się udało. Zdarza mi się podejść na ulicy i zwrócić uwagę komuś, kto zachowuje się agresywnie albo zakłóca porządek. Nie jestem jednak superbohaterem, który całą dobę ma oczy wokół głowy. Trzeba pomagać innym, ale gdy jesteśmy w towarzystwie kobiet i dzieci, należy pamiętać, że narażamy nie tylko siebie, ale i naszych bliskich.

Wpaja Pan te rycerskie zasady swoim synom?

- Kajetan i Jan na razie nie sprawiają kłopotów wychowawczych, ale obserwując ich rówieśników, dla których najwyższą wartością są pieniądze, widzę, że dzieci potrafią robić przerażające rzeczy. Moi synowie też się czasem buntują. Aby ich okiełznać, stosuję metodę "kija i marchewki". Z dziećmi najlepiej postępować po dobroci. Wtedy nigdy nie usłyszymy, że "mama i tata to stare pierdoły" (śmiech).

Jak resetuje Pan umysł po pracy?

- Po wielogodzinnych pościgach, rozbrajaniu bomb i rozwiązywaniu zagadek kryminalnych najbardziej lubię poleżeć z dobrą książką. Chętnie też biegam, gram w piłkę lub urządzam z synami rowerowe przejażdżki. Co jakiś czas uciekam od wielkomiejskiego zgiełku nad jezioro. Łowienie ryb, słuchanie śpiewu ptaków i szumu wody skutecznie mnie wycisza. Po kilku dniach spędzonych w ten sposób energia do pracy powraca.

Niebawem zostanie wyemitowany tysięczny odcinek "Detektywów". Za co widzowie lubią seriale typu docu-crime?

- Historie opisane w scenariuszu opierają się na autentycznych wydarzeniach. Pokazujemy nie tylko spektakularne pościgi za złodziejami, ale także wątki obyczajowe i edukacyjne. W naszym serialu nie ma "przegadanych" scen, polegających na popijaniu herbaty. Ale na tym polega jego wyjątkowość.

Agnieszka Tomczak - AKPA

Artykuł pochodzi z kategorii: Seriale

teletydzien.pl/AKPA

Reklama