Reklama

Małgorzata Braunek zaraża optymizmem

Wtorek, 24 lipca 2012 (15:39)

Małgorzata Braunek, którą spotkaliśmy na planie "Życia nad rozlewiskiem 2", nie raz, nie dwa zarzekała się, że nie lubi rozpamiętywać przeszłości. Tymczasem okazuje się, że znalazł się ktoś, kto przekonał aktorkę do wspomnień. Lada chwila na rynku ukaże się wywiad-rzeka z Małgorzatą Braunek pod tytułem "Jabłoń w ogrodzie".

Zdjęcie

Małgorzata Braunek /  /AKPA
Małgorzata Braunek
/ /AKPA

Wydaje się, że trudno zaskoczyć czymś widza w serialu, który gości na antenie od 2009 roku. Tymczasem kilka smaczków tej jesieni się zapowiada?
- To fantastyczne móc spotkać się w cudownych okolicznościach przyrody po raz kolejny i mieć co zagrać. Bardzo cieszy mnie sposób prowadzenia naszego wątku. Pokazujemy, że ludzie na emeryturze mogą spełniać swoje marzenia i realizować pasje. Żyć intensywnie i przeżywać cały wachlarz emocji. Dotykamy też spraw ekologii i walczymy o zaniechanie budowy autostrady w Pasymiu.

Słyszałam, że wyfruniecie też z Tomaszem z rodzinnego gniazda?

- To prawda. Książka, którą napisałam w poprzednim sezonie okazała się bestsellerem! Udało mi się też wyciągnąć Tomasza z Pasymia i ku mej radości rozsmakował się w podróżowaniu po świecie. Szkoda tylko, że w serialu opowiadamy jedynie o naszych egzotycznych wojażach i wysyłamy kartki z podróży (śmiech).

Nie będzie zdjęć na Bali, w Tybecie, na Mauritiusie ani w Tajlandii?

- No, nie. Nie będzie można za nami pojechać (śmiech). Basia z Tomaszem przeżywa chwile szczęścia i drugą młodość. Okazuje się, że staliśmy się majętnymi rentierami i możemy pozwolić sobie na zwiedzanie świata kontynent za kontynentem, od Peru przez Australię. Poza tym Basia rozsmakowana w pisaniu zaczyna pracę nad kolejną powieścią, tym razem poświęconą jej matce, Bronisławie.

Zdjęcie

Małgorzata Braunek na planie serialu spotkała się ze swoją córką Oriną Krajewską
/ /AKPA


Pani pokusiłaby się o spisanie swoich wspomnień, poszukania w pamięci chwil, które warto utrwalić?
- To się właśnie stało! (śmiech).

Basia Panią zainspirowała?
- Kiedy rok temu przeczytałam w scenariuszu, że Basia będzie pisać książkę o rozlewisku, byłam już w trakcie pracy nad moją książką. Te dwa światy się na siebie nałożyły.

To będzie autobiografia?

- Nigdy nie widziałam siebie w roli osoby piszącej, nie jest to dla mnie łatwe i nie jest to mój żywioł, dlatego wybrałam formę rozmowy. W tym samym czasie zgłosiły się do mnie trzy wydawnictwa. Ostatecznie przyjęłam zaproszenie od "Znaku" i przeszło rok temu z moim przyjacielem Arturem Cieślarem zaczęliśmy niekończące się rozmowy. Rozmawiamy o życiu, ale też o tym, co dla mnie najważniejsze. Chcę poprzez tę książkę rozpropagować moją buddyjską filozofię. Zaszczepić w ludziach optymizm na co dzień. Mam marzenie, aby ludzie zmienili swoje wzajemne relacje i zaczęli być dla siebie życzliwi. Podobnie jak ja myśli grupa naszych buddystów, z którymi założyliśmy fundację "Bądź". Teraz przygotowujemy się do wyjścia z akcją, która będzie propagować uśmiech i życzliwość wśród ludzi niezależnie od poglądów, wyznania i tego, kim jesteśmy.

Na ilu stronach zamknie się Pani opowieść?

- Książka nie ma jeszcze ostatecznego kształtu, ale myślę, że zamknie się na trzystu stronach. Nosi tytuł "Jabłoń w ogrodzie" i ukaże się w październiku.

Trzysta stron to zaledwie preludium do Pani bogatego życia wewnętrznego. Będzie ciąg dalszy?
- Nie, nie będzie.

Na planie "Życia nad rozlewiskiem 2" gra Pani ze swoją córką, Oriną Krajewską. Spotkanie o tyle magiczne, że dla Pani serial był powrotem na szklany ekran, a dla niej to aktorski debiut.
- Dwa lata temu, kiedy Orina zadebiutowała w "Rozlewisku" to był przypadek. Miałam akurat przymiarki charakteryzacji do roli matki Basi, Bronisławy. Pamiętam, strasznie kombinowaliśmy, jak mnie odmłodzić o ileś tam lat i wtedy wpadła na dwa dni do mnie Orina. Adek Drabiński ją zobaczył i powiedział: "To ja już wiem, kto ma to zagrać!". Cieszę się, że poczuła niezwykłą energię tego miejsca, ale i całej ekipy, z którą pracujemy.

Na co dzień żyje Pani w zgodzie z naturą. Jest Pani jedyną aktorką jaką znam, która nie zabiega o make-up na planie i nie próbuje na siłę zachować młodości. Zgodziła się Pani zostać twarzą marki kosmetycznej AA Oceanic. Długo dała się Pani prosić?
- Nie bardzo. Skoro mnie wybrali do tej kampanii to znaczy, że mój wizerunek jest zgodny z ich wizją. Uznałam, że ta polska marka jest godna uwagi, bo stawia na naturalność. Dba o kobiety w każdym wieku, od 18+ do 70+, a nie tylko o młode, które dzięki "cudownym" kosmetykom mają wyglądać jeszcze dziesięć lat młodziej. Poza tym Oceanic angażuje się w wiele akcji charytatywnych, co fantastycznie wpisuje się z kolei w moją filozofię. Pomyślałam więc, że to nie jest żadne wykroczenie. Reklama i marketing to nasza rzeczywistość. Nie można całe życie być pod prąd i udawać, że mnie to nie dotyczy.

I w imię dobra albo raczej w imieniu kobiet 50+ dała Pani sobie wklepać w twarz to i owo?
- Wcale nie (śmiech). Niezmiennie nic nie dałam sobie wklepać, oczywiście poza kremem dla kobiet dojrzałych.

Co Pani myśli o młodych, "zbotoksowanych" dwudziesto-, trzydziestoparoletnich polskich aktorkach?
- No cóż, jeśli uważają, że to jest dla nich konieczność, że czują się dzięki temu wspanialsze i szczęśliwsze... Odpowiedzią niech pozostanie mój uśmiech.

Rozmawiała Beata Banasiewicz

Artykuł pochodzi z kategorii: Życie nad rozlewiskiem

Reklama