Reklama

Sylwia Arnesen i Magnus zza morza

Piątek, 4 stycznia 2013 (11:02)

Wszystko wskazuje na to, że Mirka, którą gra w serialu „Nad rozlewiskiem” rozpoczyna nowy rozdział swego życia. Znacznie lepszy od poprzedniego. Od jakiegoś czasu wiele zmieniło się też u aktorki. W jednym i drugim przypadku sprawiło to gorące uczucie, które, jak wiadomo, czyni cuda.

Zdjęcie

Sylwia Arnesen /  /MWMedia
Sylwia Arnesen
/ /MWMedia


Pani fani się cieszą. W obecnie emitowanej, czwartej serii opowieści znad rozlewiska Mirka będzie pojawiać się coraz częściej.
- Co mnie niezmiernie cieszy, za każdym razem powrót na plan oznacza spotkanie ze wspaniałą ekipą i piękną przyrodą. Nad rozlewiskiem wszystko jest wyjątkowe i działa na mnie kojąco. 

Zdjęcie

W serialu "Nad rozlewiskiem" Mirka założy zespół muzyczny
/ /AKPA

Pani bohaterka była dotąd zdecydowanie czarnym charakterem.
- Ktoś taki musiał się trafić, żeby obraz był pikantniejszy, ciekawszy. I faktycznie Mirka, osoba konkretna i niezależna, a przy tym podstępna egoistka, nie liczyła się z nikim i z niczym, realizując swoje pomysły na przekór innym. Na szczęście po wypadku w życiu Mirki rozpoczął się nowy rozdział. Jej postać nabierze jaśniejszych kolorów.

Duży wpływ na tę przemianę ma Maciej, który pokochał Mirkę. Czy ona odwzajemni jego uczucie?
- Zobaczymy. Myślę, że jej sposób bycia do tej pory był spowodowany samotnością, brakiem zaplecza emocjonalnego ze strony kogoś, na kim mogłaby się wesprzeć i działać w duecie. Maciej więc spadł jej jak prezent z nieba!

Mirka znalazła miłość nad rozlewiskiem, Pani zaś... za morzem!
- Ściślej mówiąc: zza morza. Magnus, mój mąż, jest Norwegiem, ale poznaliśmy się w Polsce. Studiował reżyserię w łódzkiej filmówce, którą ja też kończyłam, tak więc, można powiedzieć, że połączyła nas szkoła. 

Zdjęcie

Sylwia i Magnus Arnesenowie
/ /AKPA

Zmieniła Pani nazwisko, a to dla aktorki posunięcie ryzykowne.
- Na pewno, ale nie chciałam sobie zamykać możliwości zaistnienia na norweskim rynku. Dla nich moje nazwisko panieńskie - Juszczak - było nie do wymówienia! Dość szybko udało mi się dostać rolę w znanym norweskim serialu pt. "DAG", gdzie przyjęli mnie jak swoją - bo i nazwisko znane, i wygląd skandynawski! Nie dostrzegają tam we mnie nic słowiańskiego.

Radzi sobie Pani z norweskim?
- Coraz lepiej. Śmieszne jest to, że mąż mówi do mnie po polsku, a ja do niego po norwesku!

Gdzie Pani obecnie więcej gra, w Polsce, czy w Norwegii?
- Mniej więcej po równo. Ostatnio zagrałam gościnnie w "Komisarzu Aleksie", wcześniej, w Polsce, kręciliśmy film "Warszawa", którego reżyserem był Igor Devolt, Norweg, też po łódzkiej szkole. Poza mną polską obsadę stanowił Andrzej Chyra, a graliśmy to po angielsku.

Podróże przez Bałtyk nie męczą?
- Latam samolotem. Droga z mojego domu w Oslo do Warszawy zajmuje około 5 godzin. A z Warszawy do Wrocławia, gdzie mieszka moja mama, trwa czasem znacznie dłużej. Z tego wniosek, że odległość to jednak pojęcie względne.

Rozmawiała Jolanta Machaj

"Nad rozlewiskiem", niedziela godz. 20:20, TVP 1

Artykuł pochodzi z kategorii: Życie nad rozlewiskiem

Tele Tydzień

Reklama