Reklama

Jego ekscelencja Jacek Wszoła

Niedziela, 29 lipca 2012 (06:00)

Na koncie ma olimpijskie złoto i bardzo bogaty życiorys pozasportowy. Teraz wytrwale promuje aktywny tryb życia. Nam zdradził przepis na dobre samopoczucie oraz to, za kogo będzie trzymał kciuki w Londynie.

Zdjęcie

Jacek Wszoła /  /AKPA
Jacek Wszoła
/ /AKPA

Właśnie odbywają się XXX Letnie Igrzyska Olimpijskie. Czy u dwukrotnego olimpijczyka wzbudza to emocje?
- Przy wielkich imprezach sportowych emocje są zawsze. Oczywiście, dla mnie najważniejszą dyscypliną sportu jest lekkoatletyka. Tu ciągle pojawiają się nowi ludzie. To właśnie gwarantuje, że zmagania są ciekawe. Ktoś nowy, nietypowany na lidera, w jednej chwili może zdobyć złoto. To cały urok sportu. 

Zdjęcie

W latach 70. Jacek Wszoła był groźnym zawodnikiem
/Fidusiewicz /AKPA

Jako 19-latek zdobył Pan olimpijskie złoto...
- Mój sukces na igrzyskach można podsumować w ten sposób: chłopak od najmłodszych lat lubił walkę, nie zawodził, wygrywał, co powinien wygrać, czasami mu się zdarzał dołek - ale to jest normalne. Zwłaszcza że musiałem łączyć starty w trzech kategoriach wiekowych. Nieskromnie mówiąc, byłem za dobry, by nie dostać powołania do reprezentacji seniorów mając 17 czy 18 lat. W tamtym sezonie olimpijskim trzykrotnie poprawiałem rekord życiowy. Byłem coraz groźniejszy. Kto się orientował, ten wiedział, że powinienem się kręcić wokół medalu. Pojechałem na igrzyska i wygrałem. Nie było to dla mnie wielkim zaskoczeniem, no może trochę (śmiech).

Jednak Pan w dalszym ciągu aktywnie działa na rzecz popularyzacji kultury fizycznej. Jest Pan ambasadorem akcji Senior Games.
- Tak jest. To taki sprytny projekt wymierzony w tych, którzy już nie mają nic do stracenia i powinni o siebie zadbać. 11 dyscyplin sportu, cztery miasta woj. warmińsko-mazurskiego. Mając 50 parę lat trzeba stoczyć ciężką walkę, by utrzymać dobrą formę i móc w dalszym ciągu żyć aktywnie. Mam duży dom, ogromny ogród i muszę być sprawny - wdrapać się, zeskoczyć, porąbać drzewo. Konieczna jest ogólna kondycja i siła. 

Zdjęcie

Zwycięstwa nie były zaskoczeniem dla Jacka Wszoły
/Fidusiewicz /AKPA

A o nią trzeba dbać.
- Właśnie. Zwłaszcza że dzisiaj niemal nic nie musimy robić. Mamy piloty, nawet zakupy nam przywiozą do domu, a jeśli zrobimy je samodzielnie, to wwieziemy je z garażu windą do domu. Nie ma nic. Ani nogi, ani ręki - nic nie pracuje. Głowa też nie pracuje, bo ludzie nie rozumieją, że jakość ich życia nie zależy od tego, ile zainwestują w samochody i telewizory, tylko w samych siebie. Dlatego projekt Senior Games jest bezcenny.

Jaki sport, poza aktywnością w ogrodzie, Pan uprawia - jazda na rowerze, biegi, pływanie?
- Wszystko (śmiech). Wszystko to, co nie zabiera dużo czasu. Ubolewam, że golf jest poza miastem. Chętnie grałbym częściej, bo wbrew przekonaniu nie jest to sport dla statecznych staruszków. Trzy razy w tygodniu chodzę na siłownię, jeżdżę na rowerze, biegam, jak się uda, to pływam. Dosłownie przed chwilą wróciłem znad morza, gdzie promuję "Biegi Śniadaniowe" - już 10. edycję.

Jednym słowem słusznie został Pan ambasadorem.
- Tak, i jak ktoś powie: "ekscelencjo", to będzie miał rację (śmiech). 

Zdjęcie

Żona Jacka Wszoły, Krystyna, również była lekkoatletką
/ /AKPA

Najbliżsi odziedziczyli po Panu sportową pasję?
- Żona była lekkoatletką i moje dzieci również uprawiały lekkoatletykę. Córka kilka konkurencji skokowych plus płotki. Syn miał przygodę ze skokiem wzwyż, którą skwitował: "Nie będę starał się być lepszy, bo to niemożliwe" i przestał skakać, choć początki miał lepsze od moich. Nie wykazałem się jako rodzic. Powinienem był bardziej naciskać.

Pański Tata tak potrafił?
- Ojciec był człowiekiem niezwykle zajętym. Oczywiście bez przerwy jeździłem z nim na jakieś obozy, bo tata opiekował się grupami sprintów i płotków. Spędzałem czas na stadionie ze wszystkimi i po prostu wyrosłem na tej lekkoatletyce. Więc nie miałem z tym problemu. Jednak pierwsze kroki w rywalizacji podjąłem za namową swojego nauczyciela WF-u. Nie szwendałem się z kluczem na szyi po trzepakach, tylko trzy razy w tygodniu biegałem na SKS i wtedy właśnie pomyślałem: "jak to fajne wygrywać".

A jak wygląda pozasportowe życie olimpijczyka? Ma Pan bogate CV. Prowadził Pan sklep, był nauczycielem historii w Szwecji.
- Nie rozpisujmy się o tym, bo mogą zacząć sprawdzać, czy miałem odpowiednie kwalifikacje (śmiech). To był taki incydent z nudów. Byłem zatrudniony przez szwedzki klub na dalekiej północy jako trener. Miałem zajęcia również z małymi dzieciakami i dla żartu przeprowadziłem z nimi parę lekcji historii, opartej oczywiście na książkach Sienkiewicza. Byli zachwyceni.

A trener tenisa w Irlandii ?
- Trenerem tenisa w Królewskim Klubie w Dublinie był mój kolega ze studiów. Ja miałem zostać trenerem od przygotowania fizycznego. Ale stworzyła się szansa na biznes i stwierdziłem, że zostaję w Polsce. Po czym projekt biznesu upadł i klub tenisowy też odjechał.

Czyli nie tylko ekscelencja, ale i prawdziwy człowiek renesansu.
- To [czyli jeszcze inne dziedziny, którymi parał się Jacek Wszoła - przyp. red.] było trochę z rozpaczy, że trzeba było skończyć ze skakaniem, bo ono wypełniało mi nie tylko czas, ale dawało szansę, że nie muszę nic innego robić. Skakałem zawodowo blisko 18 lat, od 1974 roku, kiedy twierdzono jeszcze, że to sport amatorski i zawodnicy powinni startować "za czapkę śliwek i popalić".

A propos "popalić", to na igrzyskach w Moskwie, w trakcie przerw palił Pan papierosy schowany pod trybunami.
- Te zawody naprawdę trwały długo. Konkurs co chwila był przerywany. Zimno, deszcz. To sobie popalałem.

Nałóg nie kłócił się ze zdrowym trybem życia sportowca?
- Poza paleniem prowadziłem sportowy tryb życia (śmiech).

Ponoć wiele lat później Gerard Wessig z NRD, który wtedy Pana pokonał, przyznał się, że stosował doping?
- Nie musiał się przyznawać. Już wiedziałem. Na początku lat 90. ujawniono dokumenty, z których wynikało, że w Moskwie nie było kontroli antydopingowej. Próbki miały być czyste i były. 

Zdjęcie

Były skoczek do dzisiaj aktywnie działa na rzecz sportu (na zdj. z Maciejem Kurzajewskim i Władysławem Kozakiewiczem)
/ /AKPA

Czym zajmuje się Pan teraz?
- Jestem bliżej sportu - organizuję zawody sportowe. Już dzisiaj zapraszam wszystkich do Kozienic, gdzie 8 września odbędzie się międzynarodowy mityng skoków o tyczce. Poza tym wspomniany projekt Senior Games. Ambasadorowanie mu wymaga wielu zabiegów. Konferencje, spotkania. Jest co robić.

A najbliższe plany?
- Bez przerwy mam coś do przemyślenia, jakieś nowe propozycje. Chciałbym zrealizować cykl regularnych zawodów skoków o tyczce na głównych rynkach w Polsce. Wrocław, Kraków, Warszawa, Poznań, Lublin - kto wie?

A wakacje?
- Zwykle wyjeżdżam na jesieni i w zimie tam, gdzie jest ciepło, bo nienawidzę zimna. A poza tym całe życie mam wakacje (śmiech).

Emanuje z Pana wielki optymizm. Jest na to jakiś przepis?
- Jak najmniej się przejmować rzeczami, na które nie mamy wpływu np. polityką. Oczywiście nie dystansuję się od wszystkiego, ale polityka mnie nie interesuje. Chyba jestem liberalnym anarchistą.

Będzie Pan sekundował zmaganiom naszych w Londynie?
- Jasne, mam plan: pływanie, siatkówka, tenis i lekkoatletyka.

Rozmawiała Joanna Bogiel-Jażdżyk

Pełną wersję wywiadu - z którego dowiesz się, czym można wprawić Jacka Wszołę w zażenowanie, jak ocenia on dzisiejszą sytuację sportowców oraz czym jeszcze parał się po zakończeniu kariery sportowej - znajdziesz w 31. numerze "Tele Tygodnia".

Artykuł pochodzi z kategorii: Sport

Tele Tydzień

Reklama